Popularne posty

Termoloki Remington Proluxe - moja opinia po ponad pół roku

Termoloki Remington Proluxe - moja opinia po ponad pół roku
Na rynku mamy duży wybór sprzętów do stylizacji włosów. Dlaczego więc termoloki?
Ponieważ mam już lokówkę z wymiennymi końcówkami i ta metoda układania fryzur została przeze mnie nie raz sprawdzona. Oczywiście ma swoje plusy, jednak zewsząd tak kusiły wałki.
Spośród bogatej oferty wybrałam właśnie Remington Proluxe, ponieważ najbardziej spełniały moje oczekiwania.



Dlaczego termoloki Proluxe?


Wałki mają tylko dwa rozmiary średnicy, co dla mnie jest plusem, ponieważ nie używałabym i tak mniejszych i większych niż te, które mam. Nagrzewają się w zaledwie 90 sekund, więc w razie pośpiechu szybko można przystąpić do stylizacji.
Wykonane są one z weluru, który nie elektryzuje włosów, jest miły w dotyku, ale nie jest śliski, dzięki czemu zakładanie i ściąganie wałków jest prostsze. Do każdego wałka dołączony jest klips, który jest bardzo wygodny w użyciu. Widziałam, że inne termoloki mają bardziej skomplikowane zapięcia i zniechęcało mnie to.
Tutaj, jak zobaczycie na filmie i zdjęciach, wszystko jest skonstruowane tak, by stylizacja włosów przebiegała jak najprościej, skutecznie i szybko. Nic się nie pląta, nie szarpiemy włosów.
Dodatkowo klipsy także się nagrzewają, co przyśpiesza proces kręcenia i utrwala skręt. Oczywiście tylko ich dolna część, która ma kontakt z włosami.
Brzmi jak przepis na oparzenie, prawda? Jednak nic bardziej mylnego. Wałki i klipsy nagrzewają się do temperatury, która nie jest niebezpieczna, nie parzy skóry. Oczywiście czuć mocne ciepło, ale trudno byłoby się tym poparzyć.
Ja podczas nawijania włosów trzymam wałek za plastikowe krawędzie - one zdecydowanie mniej się nagrzewają. Nawet jeśli zdarza mi się dotknąć wałka nie parzę się.
W przypadku lokówki czy prostownicy oparzenia były możliwe i raz nawet mi się zdarzyły : (


Różnica temperatur między 160 stopni lokówki, a wałkami termicznymi jest ogromna i choć producent nie podaje do jakiej temperatury się nagrzewają, na pewno nie jest aż tak wysoka, by niszczyć włosy tak mocno jak inne sprzęty.

Jak używam termoloków - odpowiednia pielęgnacja przed oraz nawijanie krok po kroku


Włosy oczywiście uprzednio przygotowuje. Nie zawsze jest to olejowanie, choć staram się.
Tym razem użyłam oleju z pestek moreli (KLIK) - jest stosunkowo lekki i dzięki temu nie ma ryzyka, że nadmiernie obciąży włosy. Zmyłam go dwukrotnie szamponem EcoLab (KLIK) do włosów farbowanych i nałożyłam maskę Keratynową EcoLab (KLIK), którą uwielbiam i nie mogę się doczekać kolejnego użycia ze względu na jej zapach.
Produkt proteinowy to u mnie must have przed kręceniem włosów. Dzięki temu włosy są bardziej podatne na stylizację, dłużej trzymają kształt, a także mają objętość.



Suche już włosy zabezpieczyłam na długości olejem kameliowym (KLIK) i przystąpiłam do układania.
Na początku należy je dobrze rozczesać i podzielić na dwie partie. Dolną, mniejszą składającą się z 1/4 włosów i resztę u góry.
Wybieram pasmo i dobrze rozczesuję, po czym zakręcam. Mniejsze wałki mocuję raczej w dolnych partiach. Zawsze włosy kręcę w jednym kierunku. Dzięki temu nabierają objętości, są odbite od nasady.



Kiedy już zakręcę wszystkie pasma pozostaje czekać. Kiedy kręciłam swoje dłuższe włosy przed obcięciem wałki zostawiałam na około godzinę. Dzięki temu skręt był odpowiedni i trwały.
Ostatnio robiąc dla Was materiał do tego posta, po raz pierwszy stylizowałam krótsze włosy i jestem jeszcze bardziej zachwycona.
Efekt, który widzicie to zaledwie 15 minut. Możecie zobaczyć włosy zaraz po rozwinięciu i rozczesane szczotką wiosłową.
Trwałość mimo krótszego czasu była podobna. Myślę więc, że spędzając w wałkach godzinę mogłabym liczyć na jeszcze lepszy efekt.

Czy warto kupić wałki termiczne dla długich włosów?

Marząc o nich obawiałam się, że nie spełnią swojej roli i będą leżały nieużywane. Kiedy je dostałam od Oli cieszyłam się i od razu zrobiłyśmy próbę na włosach moich, jej i mojej mamy.
Najlepszy rezultat osiągnęłyśmy na włosach sięgających ramion mojej mamy. Po 5 minutach miała trwałe skręty od samej nasady.
Moje próby kończyły się zazwyczaj pofalowanymi dolnymi partiami, ale to i tak mi się podobało. Fale z wałków wyglądają naturalniej niż pokręcone lokówką, nawet stożkową.
Na krótszych włosach rezultat jest podobny, z tym, że objętość, którą uzyskuję, jeśli założę wałki od samej góry, jest większa i bardziej widoczna. Trwałość jest także dłuższa.



Moim zdaniem warto mieć termoloki, jeśli podobają Wam się naturalnie wyglądające fale. Efekt jest różny w zależności od długości i typu włosów.
Odkąd mam swoje nie sięgam w ogóle po lokówkę. Zdecydowanie wolę poświęcić 20 minut na ich założenie i 5 minut na ściąganie niż 45 minut na kręcenie lokówką.
Czekając na zrobienie fryzury najczęściej wykonuję makijaż i nie marnuję czasu.

Co wybieracie - termoloki, lokówkę, a może fale prostownicą?

Dwa ulubione produkty emolientowe - maska i balsam

Dwa ulubione produkty emolientowe - maska i balsam
Najczęściej stosowane są przeze mnie w pielęgnacji włosów produkty emolientowe. Moje włosy mają na nie największe zapotrzebowanie.
Sporadycznie sięgam po produkty proteinowe, choć zamierzam nieco to zmienić w najbliższym czasie ze względu na podcięcie włosów. Chciałabym częściej je kręcić, a jak wiadomo proteiny podbijają skręt.


Po maski nawilżające sięgam w momencie przeproteinowania, kiedy włosy stają się wyraźniej sztywne i szorstkie. Ulubiona Omia KLIK radzi sobie z tym problemem w 2 minuty.
Ostatnio stosuję dwa produkty typowo emolientowe, z których działania jestem bardzo zadowolona i chciałabym je Wam przedstawić. 

Maska Tajska Planeta Organica 


Tej maski nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Prawie każdy albo słyszał albo stosował maski Planeta Organica. Moimi pewniakami są Marokańska (KLIK) i Toskańska (KLIK). Nigdy nie kusiły mnie inne wersje i teraz żałuję.


Po maskę Tajską (KLIK) sięgnęłam jeszcze przed skróceniem włosów, więc sprawdziłam ją także na mocniej wymagających końcach. Sprawdza się rewelacyjnie także teraz.
Co ją wyróżnia?
Gęsta, maślana konsystencja, delikatny zapach, duża wydajność. To cechy wszystkich masek tej firmy. 
Nakładam ją po myciu włosów na 2, 3 minuty. Od razu po nałożeniu włosy są mięciutkie i łatwo przeczesać je palcami. Co mnie najbardziej cieszy to niesamowite ułatwienie rozczesywania i dziecięca wręcz miękkość po wysuszeniu
Kiedy użyłam ją pierwszy raz nie mogłam wyjść z podziwu i ciągle dotykałam swoich włosów.
Kolejny plus kosmetyku to nadanie blasku i sypkości. O nabłyszczeniu wspominała także Ola, która stosowała tą maskę dużo wcześniej niż ja
Fryzura po niej jest leciutka, świeża, włosy nie obciążone, a wręcz przeciwnie. Do tego nawet w ciągu dnia czy na drugi dzień łatwiej je rozczesać. 
Nie polecam jej dla włosów mocno zniszczonych, bowiem może być za lekka. Wtedy sięgnijcie po marokańska lub toskańską. 
Dla mnie to idealna maska na co dzień, którą stosuję zamiennie z balsamem, o którym za chwilę.

W składzie maski mamy: olej jojoba, olej ylang-ylang, ekstrakt z lotosu, ekstrakt z tamaryndowca, olej z mango, ekstrakt z akacji, ekstrakt z różowej orchidei. Dodatkiem jest lekki silikon.

Cafe Mimi  balsam "Ochrona Koloru" 


Balsam z Cafe Mimi to nowość, którą od niedawna można kupić. Znajdziecie ją także w naszym sklepie KLIK 
Po pierwszych sygnałach z Waszej strony wiemy, że produkty te są godne wypróbowania. Ja jak na razie używałam tylko tej jednej wersji, ale na pewno spróbuję innych. 
Zdecydowałam się na "Ochronę Koloru", ponieważ nie zawiera protein i ma mocno emolientowy skład, czyli idealny do częstego stosowania.


Opakowanie to miękka gruba folia, którą można łatwo zgnieść by wydobyć resztki produktu. Początkowo miałam obawy czy będzie to wygodne w stosowaniu pod prysznicem, ale nie sprawia kłopotów. 
Delikatny zapach przypominający krem dla dzieci lub krem Nivea i gęsta, kremowa konsystencja także na plus.
Balsam jest całkiem wydajny - stosuję go od miesiąca i jestem prawie w połowie.
Jego działanie to głównie zmiękczenie, powleczenie włosów ochronną powłoczką, a także nawilżenie, ponieważ zawiera również humektanty
Jednak dzięki temu, że nie są one na początku składu nie puszą włosów i nie trzeba aż tak się ich bać nawet w wilgotne dni. 
Duża dawka olejów (Awokado, Masło Shea) i emolientów tłustych (Cetearyl Alcohol, Caprylic/Capric Triglyceride) oraz lekki silikon zmywalny łagodnym detergentem zatrzymują nawilżenie we włosie i zapobiegają puszeniu. 
Włosy po użyciu balsamu na dosłownie chwilę od razu stają się miękkie i łatwiej się rozczesują. Po wysuszeniu zachowują swoją lekkość i objętość, ale jednocześnie są miłe w dotyku i odżywione aż po same końce.

Z powodu ogromnej ilości nowych włosków, które są różnej długości, włosy zaczęły mi mocniej odstawać na długości, szczególnie od góry, gdzie jest ich najwięcej.
Południowe słońce podkreśla to zdecydowanie jeszcze bardziej.


M.


A Wy jakie produkty emolientowe obecnie stosujecie? : )

Sattva Ciemny blond+Rabarbar Phitofilos - dlaczego więcej nie sięgnę po Sattvę

Sattva Ciemny blond+Rabarbar Phitofilos - dlaczego więcej nie sięgnę po Sattvę
Włosów nie farbowałam mniej więcej od 20 kwietnia, kiedy to użyłam mieszanki Phitofilos Rosso Ciliegia (KLIK). Po tej miksturze otrzymałam dość ciemny kolor czerwonej miedzi, który bardzo mi się podobał i na pewno do niego wrócę.
Po koloryzacji włosy były w świetnej formie. Ewidentnie była to zasługa znajdujących się tam ziół - nigdy jeszcze nie miałam po spłukaniu ziół samą wodą tak miękkich i gładkich włosów. Najchętniej użyłabym tego ponownie, ale lato i ciepła pogoda spowodowały chęć zmian na głowie.
Z tego powodu skróciłam włosy i z tego powodu chciałam rozjaśnić nieco mój kolorek.
Już miesiąc temu nałożyłam ponownie Rabarbar (KLIK), który ładnie ściągnął z moich włosów ciemniejsze tony i rozpromienił kolor złoto-miedzianymi refleksami. Niestety nie rusza mojego naturalnego odrostu, dlatego po ponad 2,5 miesiąca nie farbowania musiałam go zakryć, ponieważ miał ponad 3 cm i nie wyglądało to już estetycznie.

Etap pierwszy - farba chemiczna Allwaves na odrost 


Zawsze staram się dopasować kolor farby, którą farbuję odrost do koloru, który będę kładła na całe włosy w drugim etapie koloryzacji.
Niestety tym razem popłynęłam ;d... ponieważ w domu zalegało mi pół tubki farby w kolorze złotego blondu sprzed roku, kiedy rozjaśniałam włosy, postanowiłam, że użyję tego zamiast zamówić rudy kolor.
Jak zawsze użyłam wody 6% i odrost został pokryty na około 25 min. Skróciłam nieco czas z obawy, że włosy będą zbyt jasne i zbyt złote.
Niestety niewiele to dało i po spłukaniu i wysuszeniu kolor góry odcinał się od reszty. Nie martwiłam się tym zbytnio, ponieważ różnica nie była aż tak duża, a ja kolejnego dnia planowałam nałożenie ziółek.

Drugi etap - Sattva Ciemny blond z Rabarbarem i henną


Zdecydowałam się na Sattvę głównie dlatego, że nigdy jej nie stosowałam i byłam jej ciekawa. Trzy lata temu stosowałam Swati i byłam bardzo zadowolona, więc bez obaw sięgnęłam po nową wersję tej henny.
Ola regularnie robi nią swoje dwuetapowe farbowanie i nigdy się nie skarżyła. 
Sięgnęłam po wersję Ciemny blond (KLIK), ponieważ jak wspomniałam na początku, chciałam, by kolor nieco się rozjaśnił. 

Skład prezentuje się następująco: Cassia Obovata, Henna, Rumianek pospolity, Aksamitka, Strączyniec Cewiasty, Amla, Neem, Kurkuma.

Myślałam więc, że będzie to mieszanka składająca się mniej więcej z 75% z Cassii, 20% Henny i 5% innych dodatków. 
Po otwarciu opakowania nieco się zdziwiłam, ponieważ kolor proszku przypominał zielone jabłuszko i nie miał nic wspólnego z henną. 
Rozmieszałam zioła z wcześniej ugotowanym glutkiem lnianym i tu pojawił się kolejny problem - mnóstwo grudek, bardzo zła konsystencja. Mimo długiego mieszania nic się nie zmieniało. Dosypałam do mieszanki około 5 łyżek Rabarbaru Phitofilos (KLIK) i dolałam resztę glutka. Konsystencja minimalnie się poprawiła, ale grudki dalej były.
Mieszanka w ogóle za to nie barwiła. Oczywiście wiem, że potrzeba na to czasu, by zioła puściły barwnik, ale znam takie, które barwią od razu i na to samo liczyłam. Niestety, w tej mieszance henny jest jak na lekarstwo i żeby uzyskać jakikolwiek kolor na moich włosach dosypałam czystej henny innej marki, którą miałam otwartą w domu. Dodałam jej około 5 łyżek.
Nie miałam czasu czekać zbyt długo - dodałam więc jeszcze płaską łyżeczkę kwasku cytrynowego i odstawiłam pod przykryciem na pół godziny. 
Po tym czasie uzyskałam minimalną ilość barwnika i rozpoczęłam nakładanie, które okazało się być piekłem. Dawno już tak się nie nadenerwowałam podczas aplikowania ziół. Ostatni raz taki chaos zafundowała mi rubia Hesh (KLIK), która spadała wszędzie, tworzyła większe i mniejsze grudki, miała tępą konsystencję. 
Henna Sattva mimo rozrobienia jej na glutku lnianym w ogóle nie miała poślizgu, była tępa i ciężko było nałożyć ją na włosy.
Pomimo tego, że włosy skróciłam o 17 cm to ponad 200 gram ziół ledwo mi starczyło. Farbując Erbe di Janas czy Phitofilos na dłuższe włosy, przed obcięciem wystarczało mi spokojnie 150 gram. 
To nie koniec negatywów niestety. Kolejnym kłopotem było wysiedzenie z mieszanką zamierzony czas. Przez całe 3 godziny musiałam siedzieć z dodatkowym ręcznikiem, ponieważ ciągle coś spływało i ciekło. 
Na deser jeszcze jeden minus - spłukiwanie. Dawno nie musiałam tak długo spłukiwać ziół z włosów. Ostatni raz było to chyba przy okazji stosowania Impaccto Emoliente. Mimo długiego spłukiwania nie obeszło się bez zastosowania balsamu na włosy. Nie chciałam myć ich szamponem, ale nie mogłam zostawić na włosach kawałków henny. Niewielką ilość mojego ostatniego ulubieńca balsamu Cafe Mimi (KLIK) zaaplikowałam na włosy od ucha w dół. Nie nakładałam nic na górę, którą wyszła jaśniejsza niż reszta włosów, ponieważ liczyłam na to, że nieco ściemnieje. 

Efekty i moje podsumowanie Henny Sattva


Po tak wielu negatywach czas na efekty. Włosy mimo, że po ulubionym balsamie, ciężko się rozczesywały, były przesuszone i sianowate. Kiedy wyschły wyglądały już lepiej, choć nie tak idealnie jak po ulubionych ziołach. Kolor z początku mnie nie urzekł - widziałam tylko jaśniejszą górę, która wpada mocniej w złote tony i prawie nie zmieniony kolor długości.


Na szczęście kolor nieco się utlenił i teraz po 3 dniach podoba mi się bardziej. 
Całość rozjaśniła się dzięki dodatkowi rabarbaru, nabrała cieplejszego połysku. Już prawie nie widzę po nich, że były niedawno w odcieniu chłodnej czerwieni. 
Sporo jaśniejsza góra włosów ładnie stopiła się z resztą i nie rzuca się w oczy. 

Henny Sattva jednak więcej już nie wykorzystam. Przez nią poczułam się, jakbym cofnęła się o kilka lat na sam początek mojej przygody z hennowaniem. Być może inne mieszanki są lepsze. Ciemny blond mnie rozczarował. 
Cieszę się, że teraz znam już lepsze zioła, których używanie to sama przyjemność. Wśród nich jest Light Mountain, Erbe di Janas i Phitofilos. Mercedesy wśród ziołowej koloryzacji. 

OBCIĘŁAM WŁOSY - zdjęcia z nową długością, dlaczego skróciłam włosy, czy żałuję?

OBCIĘŁAM WŁOSY - zdjęcia z nową długością, dlaczego skróciłam włosy, czy żałuję?
Tego chyba nikt się po mnie nie spodziewał. Ja sama dalej jestem zszokowana swoją nową fryzurą i tym jak spontanicznie się to wydarzyło.
Właściwie nie dałam sobie dużo czasu na zastanowienie. Myśl o skróceniu włosów chodziła za mną od kilku miesięcy - praktycznie od kiedy zaczęły się moje problemy z nimi, o których wspominam Wam od początku roku.
Ciągła walka ze szczotką, rozczesywanie, które czasem trwało nawet godzinę - to musiało mnie skłonić do takich myśli.
Włosy nie wyglądały idealnie prawie nigdy. Sprawdzone kosmetyki przestawały działać, nie umiałam dopasować im także nic nowego.
Jedynymi pewniakami usuwającymi kołtuny były i są nadal kosmetyki Ekos (KLIK) i Anthyllis (KLIK).
W ostatnich tygodniach jednak zaczęło się to uspokajać do tego stopnia, że włosy prawie wróciły do swojej poprzedniej formy.
Bad Hair Day pojawiały się coraz rzadziej, a wcześniejsze bestsellery znów wróciły do użycia.
Wśród nich na nowo rozkochałam się w maskach Omia - szczególnie arganowej (KLIK), oleju kameliowym (KLIK) i arganowym (KLIK), masce Marokańskiej (KLIK), a ostatnio także Tajskiej (KLIK).

Problemy włosów sięgających pasa i dłuższych  



Skoro więc było tak dobrze to czemu obcięłam włosy? Możecie myśleć łapiąc się za głowę. Tak jak wspomniałam wszystko wydarzyło się spontanicznie, podczas spaceru.
Włosy przed cięciem:



Spacerując z Olą po parku w dość ciepłą pogodę przyłapałam się na tym, że znów mam spięte włosy w warkocz. Od słowa do słowa doszłam do wniosku, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a może nawet blisko roku, na palcach obu rąk można policzyć ile razy miałam rozpuszczone włosy na dłużej niż chwilę
Najczęściej wyglądało to tak: mycie, suszenie i od razu koczek lub warkocz. Czasem na chwilę rozpuszczałam włosy wychodząc z domu na jakieś spotkanie, by potem znów od razu je związać. Jesień i zima to dla mnie zawsze czas większej dbałości o spinanie włosów, więc cierpliwie czekałam do wiosny, by jak zawsze móc korzystać z "wiatru we włosach".
Okazało się jednak, że podstawowa fryzura się nie zmieniła, a kiedy rozpuszczałam włosy marzyłam tylko o tym, by zaraz je spiąć choćby w niski kucyk, szczególnie kiedy zawiał wiatr, a ja potem walczyłam kilkanaście minut ze szczotką, by się rozczesać. 
Podobnie sytuacja wyglądała w domowych pieleszach - krótka drzemka w rozpuszczonych włosach kończyła się owinięciem wokół własnych włosów, jeszcze gorzej, kiedy śpi się z kimś. 
Podczas sprzątania czy gotowania włosy były wszędzie przy każdym pochyleniu.
Mycie i suszenie zajmowały mi ponad godzinę czasu, więc nie było mowy by gdzieś na szybko się wyszykować. 
Straciłam całą przyjemność i frajdę, która wcześniej wiązała się z zapuszczaniem włosów. Stały się one dla mnie uciążliwe i problematyczne.


Obcięłam 17 cm włosów



Zaraz po powrocie ze spaceru Ola spytała mnie: "To obcinamy?" Nie zastanawiając się długo powiedziałam, że tak. Została tylko kwestia centymetrów.
Początkowo miało być 10 cm, ale po przyłożeniu miary krawieckiej doszłyśmy do wniosku, że nie będzie to dla mnie zbyt odczuwalna różnica.
Stanęło na 15 cm obciętych w związanej kitce + kilku cm na wyrównanie. Łącznie straciłam ich ok. 17.

Jak się czuję z nową długością, czy żałuję?


Od samego początku jestem zadowolona i to bardzo. Zdziwiłam się nawet, że aż tak dobrze się czuję, ponieważ myślałam, że będę żałować i będzie mi zwyczajnie przykro.
W głowie oczywiście mam wspomnienie długich włosów i patrzę z lekką zazdrością teraz na długość, którą ma Ola.
Argumentem, który mnie skłonił do obcięcia nie był zły wygląd czy inne niedoskonałości włosów, więc ciężko mi ocenić, czy wizualnie coś zyskały. Raczej nie, ponieważ dalej są tak samo zdrowe, gęste aż po same końce.
Tego nigdy im nie mogłam odmówić, więc nie widzę zmiany na plus.


Natomiast plączą się o wiele mniej, mimo tego, że już przed obcięciem mniej się plątały, to jednak teraz ten problem prawie mnie nie dotyczy. Jak na razie po myciu rozczesują się błyskawicznie, w ciągu dnia mimo tego, że chodzę w rozpuszczonych, także nie tworzą się kołtuny i w większości sytuacji mogę przeczesać włosy palcami aż po same końce bez rozczesywania szczotką.
Mycie i suszenie nie skróciło się diametralnie, na co trochę liczyłam. Na pewno zużycie masek i odżywek będzie wolniejsze, ponieważ z przyzwyczajenia dziś nałożyłam za dużo maski Tajskiej (KLIK) - tyle ile nakładałam jeszcze kilka dni temu, a ona aż spływała z włosów.
Na szczęście jest na tyle lekka, że nie obciążyła ich mimo to.
Przede mną czas przyzwyczajenia się do nowej sytuacji. To dla mnie taki powrót do przeszłości. Tak krótkich włosów nie miałam już dawno, od około 3 lat.


Jak oceniacie moją decyzję? Podoba Wam się nowa długość? Czy może mam zapuszczać na nowo? :d

M.

Czas na włosy, nowości w użyciu, Ola

Czas na włosy, nowości w użyciu, Ola
Powiem Wam szczerze, że odkąd znalazłam włosowych ulubieńców jak na przykład: olej kameliowy (KLIK), maska Ekos (KLIK), odżywka Anthyllis (KLIK) ciężko mi jest 'chwycić' za nowe produkty (a przecież tak bardzo lubię testować nowości!), które, niestety, nie zachwycają mnie w 100%. Ostatnimi czasy również celowo zaniedbałam włosy by zobaczyć jak będą tracić na kondycji - pierwsze co rzuca mi się w oczy (i czuję to pod rękami) to szorstkość, większa matowość, plątanie oraz więcej rozdwojonych końcówek. Jak łatwo zaprzepaścić efekt jaki się uzyska ciężką 'pracą' nad włosami!. Oczywiście jest to kontrolowane i szybko uda mi się wrócić do dawnej kondycji (chociażby przez podcięcie większej ilości centymetrów - zamiast jednego może trzy, cztery?), ale chciałam również dzięki temu sprawdzić jak nowości będą się sprawdzać na włosach potrzebujących czegoś więcej niż typowego 'mycie i odżywka'. Nie, to nie dlatego, że oszalałam ;d
Dziś przygotowałam 'zestawienie' - włosy dzień po dniu po tym samym zestawie kosmetyków. Najwyraźniej pierwszego dnia miały ewidentnie włosowego 'focha', ponieważ uzyskałam na nich miękkość a zdjęcie, mimo ukochanego koczka, wyszło mocno średnio. Zbiły się w jakieś dziwne strąki, hm. Dziwię się zatem dlaczego na zdjęciach to nie było 'to'... ale od początku!

Masło babassu, masło, które będę testować w najbliższym czasie


Na użycie masła babassu miałam ochotę już od dłuższego czasu. Kiedy jednak miałam w posiadaniu olej kameliowy, ciężko mi było chwycić za coś nieznanego, dlatego jedynym rozsądnym rozwiązaniem było pozbawić się kamelii na jakiś czas i nie iść na 'łatwiznę'. Pamiętam jak masło babassu zachwalała Monika - dawało piękny efekt na jej włosach. Ja jestem po dwóch jego użyciach i sama nie wiem czy na chwilę obecną moim włosom pasuje czy też nie. Muszę go użyć w zestawieniu z jakąś bardziej ubogą maską, ponieważ uważam, że za efekt błyszczących i miękkich włosów (choć z tego co dotykała Monika nie są one tak miękkie jak po moich ulubieńcach - pod czym się podpisuję) jest odpowiedzialna użyta maska fitness. Z racji tego, że kupiłam jego pełen słoiczek będę go w najbliższym czasie intensywnie nakładać. Na pewno dam Wam znać jakie mam odczucia względem jego stosowania : )

Przebieg włosowego SPA


Włosy zostały jak zawsze dokładnie rozczesane z pomocą wspomnianego masła babassu (KLIK) oraz szczotki wiosłowej z Rossmanna na sucho (jak zwykle). Z poprzedniego bloga pamiętacie zapewne, że najpierw włosy, przed włosowym SPA, oczyszczałam SLS a później dopiero nakładałam olej. Był on aplikowany na lekko wilgotne włosy, ponieważ nie miałam wtedy suszarki by aplikować na suche. Jednak olejowanie na lekko wilgotne, oczyszczone włosy przynosiło efekty optymalne : )...ale wracając: trwało to około 25 minut, ponieważ dokładnie przeczesywałam pasmo po paśmie by dotrzeć wszędzie. Dodatkowo powiem Wam, że moje włosy szybko utłuściły się dość skromną ilością masła babassu co dla niektórych zaiste będzie dużym plusem (wydajność!). Masło 'przeleżało' na włosach około 4 godzin i po tym czasie przyszedł czas na mycie. Włosy były dość mocno naolejowane, więc przy pierwszym użyciu nowego szamponu EcoLab (wersja do włosów farbowanych, dokładnie TAKA) moje wątpliwości czy włosy zostaną domyte były ogromne. Szampon jest dość lejący, czego przyznam nie lubię, ale rekompensuje to ogrom piany jaka się wytwarza przy myciu. Włosy po dwukrotnym użyciu były bardzo miękkie i mocno błyszczące (taki typowy widok (i dotyk) niedomytych z oleju włosów), że wiedziałam, że po wysuszeniu pójdą zapewne w warkocz a rano do ponownego mycia. Jakże się myliłam! : )
Na umyte włosy nałożyłam gęstą, maślaną maskę fitness (KLIK). Może stosuje się ją np. po treningu? ;d Dba się zarówno o boskie (choć w moim przypadku to bardzo wątpliwe) ciało trenując a po treningu o piękne włosy? ;d Nazwa mało udana, ale rekompensuje to działanie maski. Na początku przeraził mnie olej migdałowy na początku składu, ale w efekcie czułam się jak po zmieszaniu oleju z maską (tzn. miałam takie odczucia już po wysuszeniu włosów). Włosy długo schły (co wtenczas podbijało moje obawy o niedomyte włosy i wizję splatania ich w warkocz), więc suszenie chłodnym nawiewem zajęło około 35-40 minut. Włosy po wysuszeniu zyskały na objętości, łatwo się rozczesały i poczułam ten charakterystyczny efekt, kiedy szczotka łatwo wchodzi w długość, jak po masce z dodatkiem oleju. Efekt jednak, mimo, że bardzo mi się podoba nie jest dla mnie : ( Nie wiem czy zadziała tak każda maska fitness, ale na drugi dzień od mycia moje włosy stają się kompletnie nieświeże jakbym nie myła ich jakiś tydzień. Wiecie, że w moim przypadku to 'absurd', ponieważ mogę nie myć włosów 4 dni i wyglądają okay. Przysięgam, że nawet nakładając maski z dodatkiem olejów u nasady (a maską fitness ogarnęłam nasadę tylko przy spłukiwaniu - dotknęłam nasady długością włosów) nie miałam takich doznań jak po jej użyciu. Jak wiece jest to porównanie, więc dodam, że przy drugim zastosowaniu miałam dokładnie takie same spostrzeżenia, a maska praktycznie nie dotknęła już włosów u nasady. Obawiam się, że na cienkich, przetłuszczających się włosach byłby to istny armagedon ;d
Kwestia zdjęć. Do pierwszego były zawinięte na koczek i stwierdzam, że to chyba najgorsza wersja moich włosów po koczku.


Czyżby użyty zestaw na czele z maską fitness jednak nie dał rady? Kolejne zdjęcia (bez słońca) to już kręcenie na papier do pieczenia dwóch sekcji włosów z końskiego ogona. Wypadło to już dużo, dużo lepiej (do następnego dnia, kiedy włosy się okrutnie przetłuściły). Z całą pewnością nie jest to zestaw-pewniak, więc szukamy ideału wśród nowości w dalszym ciągu : )


o.

Czas dla włosów, Monika: Kilka nowości w użyciu - olej z pestek moreli, nowy szampon EcoLab

Czas dla włosów, Monika: Kilka nowości w użyciu - olej z pestek moreli, nowy szampon EcoLab
Z racji kilku nowości, które trafiły do naszego sklepu postanowiłam stworzyć post, w którym pokazałabym je Wam, przedstawiła, a przede wszystkim zaprezentowała jak zadziałały na moje włosy.
Odkąd na blogu nie pojawiają się posty z cyklu "Niedziela dla włosów" brakuje takiej tematyki.
Dziś post z cyklu"pierwsze wrażenia".



Pierwsze testy oleju z pestek moreli 



Ostatnio podchodzę z dystansem do nowych olejów. Mało co ostatnio działało pozytywnie na moje włosy i trochę się zraziłam.
Poza tym włosy zdrowe nie potrzebują olejowania aż tak często, co bardzo mnie cieszy. Zdarza mi się nie nakładać teraz olejów nawet przez dwa tygodnie i nie odczuwam większej różnicy w kondycji.
Jeśli już olej aplikuję to liczę na efekt WOW.
Czy olej z pestek moreli mi go daje?
Ciężko powiedzieć, ponieważ użyłam go dopiero dwa razy... ale od początku.
Olejek zapakowany jest do małej buteleczki 30 ml (KLIK). Taka pojemność jest idealna na początek, ponieważ można sprawdzić, jak dany olej zadziała.
Przyznam się Wam, że ja jestem bardzo ekonomiczna w kwestii kosmetyków i dlatego cenię sobie takie małe pojemności, ponieważ przy zakupie pełnowymiarowego produktu np. 150 ml potrafię go męczyć nawet rok czy dłużej.
W czasach, kiedy olejowałam włosy codziennie zużywanie produktów szło mi dużo szybciej. Teraz doceniam małe pojemności. Za to zużywam więcej masek i odżywek niż kiedyś, przez co duże opakowanie jak np. maska Ekos (KLIK) są dla mnie wybawieniem.
Olejek niestety nie pachnie, na co po cichu liczyłam ;d
Na moje włosy zużywam jednokrotnie około dwóch łyżek. Najpierw rozczesałam je dokładnie szczotką, po czym zaaplikowałam jedną porcję i zaczęłam rozczesywać włosy pokryte olejem. Po kilku minutach dołożyłam jeszcze jedną porcję na końcówki.
Włosy już w trakcie olejowania stawały się bardziej miękkie. To zazwyczaj zwiastuje, że olej będzie dobrze działał.
Włosy zawinęłam w koczka na godzinę i po tym czasie poszłam je umyć. Ostatnio decyduje się tylko na takie krótkie olejowanie.



Szampon i maska EcoLab - duet doskonały



Do mycia wykorzystałam Szampon EcoLab ochrona włosów farbowanych (KLIK). Po niezbyt udanym kontakcie z wersją laminującą (KLIK) spróbowałam tej do farbowanych i był to strzał w dziesiątkę.
Kosmetyk ma tylko jedną wadę - bardzo lejącą, rzadką konsystencję. Mimo to jednak świetnie się pieni, dobrze myje i ma piękny, orientalny zapach, który długo utrzymuje się na włosach.
Dwukrotnie mycie nie przesusza włosów, nie sprawia, że stają się trudne do rozczesania. Po samym szamponie są miękkie i dają się rozczesać bez większych kłopotów.
Jedynym produktem, który nie jest nowością i mogłyście już o niej poczytać u nas KLIK to maska Laminująca EcoLab (KLIK). W przeciwieństwie do szamponu z tej linii sprawdza się świetnie.
Nie zawiera protein, więc mogę ją stosować praktycznie bez ograniczeń. Włosy po niej są miękkie, gładkie, a przede wszystkim błyszczące. Za tytułowy efekt laminowania odpowiadają kwasy owocowe, które zamykają łuskę włosa, wygładzają i tym samym zwiększają blask.
W moim przypadku wystarczy minuta, dwie z tym produktem na włosach, by cieszyć się satysfakcjonującym efektem.

Suszenie i zabezpieczanie 


Włosy wysuszyłam chłodnym nawiewem i pozwoliłam im doschnąć naturalnie na świeżym powietrzu. Uwielbiam suszyć włosy w ogrodzie, kiedy świeci słońce i wieje delikatny wiatr. O ile po suszeniu w domu bez suszarki kosmyki są przyklapnięte i bez życia, tak suszenie na dworze to całkiem inna bajka.
Po wysuszeniu włosy zabezpieczyłam serum aloesowym Dr. Sante (KLIK). Zawsze jak ognia unikałam tańszych produktów do zabezpieczania, ponieważ na uwrażliwionych włosach nie sprawdzały się. Obecnie mogę sobie na nie pozwolić i stosuję zamiennie z olejem np. z pestek śliwki. Choć zamierzam także przetestować w tym celu olej z pestek moreli.
Włosy zawinęła mi Ola w koczka na skarpetę - tym razem to ja zakochałam się w efekcie jaki daje na moich włosach. Cały czas ćwiczę by loki wychodziły piękne : )