Popularne posty

30 dni dla pięknych włosów: jak wyciągnąć z Cassii najwięcej złoto-miedzianego koloru

30 dni dla pięknych włosów: jak wyciągnąć z Cassii najwięcej złoto-miedzianego koloru
Od ostatniego farbowania włosów minęły jakieś dwa tygodnie. Odrost nieduży zaczął się już pojawiać, a ja obiecałam sobie przecież, że pohennuję włosy. Niestety, jak na złość nie miałam na to ani czasu ani warunków. W końcu wczoraj zmusiłam się do tego i praktycznie cały dzień na to poświęciłam. Ten kto farbuje ziołami włosy wie, jakie to czasochłonne i czasami naprawdę ciężko wpleść to w swój plan dnia. Tym bardziej, jeśli tak jak ja, zioła trzymacie na głowie blisko pięć godzin. Z mojego doświadczenia wynika, że tak długi czas działa najlepiej zarówno na kolor, jak i na kondycję włosów.
Po ostatnim rozjaśnianiu farba chemiczną w kolorze "Whisky", która nadała moim włosom upragnione złote refleksy nie zastanawiałam się zbyt długo i wiedziałam, że henna tym razem pójdzie w odstawkę. Farbując cassią pół na pół z henną według metody z TEGO posta kolor też wychodził złotawy i jaśniejszy. Kusiło mnie jednak spróbowanie czegoś nowego i postawiłam na samą cassię. Proporcję ułożyłam według swojego uznania, znając co nieco już swoje włosy i to jak reagują na wszelkie dodatki.
Potrzebowałam do tego:
- Pół puszki Cassii Swati (KLIK)
- 3 torebki rumianku "Apteczny zielnik" (ten rumianek najbardziej Wam polecam)
- około 350 ml wrzątku
- Sok z jednej cytryny
- Trzy łyżki kurkumy
- Łyżka cynamonu
- Łyżka imbiru
- Trzy łyżki miodu

Rumianek zaparzyłam przez 10 minut pod przykryciem. Po kilku minutach kiedy lekko przestygł, ale wciąż był gorący był gotowy do użycia.
Proszek Cassii zalałam sokiem z jednej cytryny. Powoli zaczęłam wlewać rumianek ciągle mieszając drewnianą łyżką. Kiedy konsystencja była już odpowiednia dodałam przyprawy oraz miód. Przykryłam folią spożywczą i odstawiłam na kaloryfer.
W tym czasie dwukrotnie umyłam włosy SLS - szampon z kozą (KLIK) i poczekałam aż lekko przeschną. Rozczesałam je dokładnie i podzieliłam na sekcje.
Minęło około 50 minut, więc rozpoczęłam aplikację. Na koniec założyłam foliowy czepek, owinęłam włosy folią spożywczą i nałożyłam wełnianą czapkę. Z mieszanką spędziłam blisko 5 godzin.
Już podczas spłukiwania czułam, że włosy są naprawdę miękkie i śliskie. Oczywiście umyłam je delikatnym szamponem (Le Cafe de Beaute, Aktywny wzrost KLIK) oraz nałożyłam na minutę maskę Karelia wersja brzoza (KLIK). Włosy wyschły w 90% naturalnie. Dopiero kiedy były prawie suche wysuszyłam je już do końca.


Koloryzacja pięknie pogłębiła ciepłe tony włosów. Pojawiły się delikatne pasemka, które wyglądają przepięknie, niczym rozjaśnione od słońca. Niestety te zdjęcia nie oddają do końca efektu. Postaram się pokazać to lepiej przy kolejnej okazji. Mogłyście też zobaczyć to na zdjęciu na Instagramie KLIK (na tym zdjęciu widać pasemka).
Włosy nabrały dodatkowego blasku, jak zawsze po koloryzacji ziołowej. Przesusz w ogóle mnie ominął, nie było sztywności czy szorstkości włosów, a także zapachu "siana". Wychodzi na to, że cassii nie muszą bać się osoby, które martwią się przesuszeniem po ziołowej farbie. Na pewno jest dużo mniej dotkliwe niż po hennie. 

Moje dwa ulubione sposoby na włosy strączkujące się (zbijające w kolonie, wygladające na tłuste zaraz po umyciu), matowe i bez życia

Moje dwa ulubione sposoby na włosy strączkujące się (zbijające w kolonie, wygladające na tłuste zaraz po umyciu), matowe i bez życia
Od początku włosomaniactwa nie miałam kompletnie problemu z obciążonymi/strączującymi się włosami. Mimo bardzo bogatej pielęgnacji pt. olejowanie-mycie delikatnym szamponem-maska z dodatkiem ulubionego oleju i po umyciu wcieranie 2-3 kropelek olejku w celu zabezpieczenia końcówek (czyli dokładnie to co Wam polecam, kiedy piszecie o włosach niedociążonych, puszczących się i zniszczonych) włosy praktycznie za każdym razem były nawilżone, wygładzone i błyszczące. Przyznam, że pielęgnacja takich włosów odpowiadała mi najbardziej, bo teraz na takie 'odżywcze bomby' muszę uważać i łączyć je z innymi kosmetykami. Chyba powinnam zrobić aktualizację moich ulubionych kosmetyków do włosów na chwilę obecną, ponieważ jak już wyżej wspomniałam nieco się pozmieniało : ) Oczywiście czytacie o nich na bieżąco, ale warto zebrać je w jednego posta. Odsyłam Was dla przypomnienia do starych Ulubieńców KLIK.


Moje problemy ze strączkującymi się włosami pojawiły się właściwie nagle. Nie bardzo wiedziałam co może być przyczyną, że coś takiego stało się praktycznie z dnia na dzień (o czym pisałam Wam TUTAJ), więc dalej brnęłam w mojej bogatej włosowej diecie (tzn. pielęgnacji) i czekałam aż permanentny Bad Hair Day odpuści sam. Włosy w dalszym ciągu nie prezentowały się dobrze i w 5-10 minut po rozpuszczeniu zbijały się w kolonie i pamiętam jak dziś mój spacer na centrum na który wybrałam się bez gumki do włosów i chowałam włosy pod koszulkę, ponieważ było mi wstyd, ze wyglądają jakbym ich nie myła z tydzień. Aż chciałam wrócić do domu, ale pogoda była taka piękna! ;x
Z początku najpierw ratowałam się jedynie szamponem z SLS (bez dodatków) - padło na Joannę Hypoalergiczną oraz na Szampon Bambi 'z kaczuszką' - włosy myłam po dwa razy i czasem po prostu przez brak czasu sięgałam po SLS codziennie i dla pewności myłam dwa razy pod rząd co było błędne. Końce pod koniec miesiąca były lekko wysuszone i nie układały się ładnie. Mycie SLSem w takiej częstotliwości odpadało. Szukałam więc dalej w internecie co mogłoby mi pomóc i sięgnęłam po coś czego wcześniej (nie wiedzieć czemu)  się wystrzegałam. Teraz jest w mojej pielęgnacji obecna raz na tydzień bądź dwa - zależy czy tego wymagają. Nie wyobrażam sobie bez niej mojego włosowego życia ;d Nie zauważyłam również negatywnych skutków jej używania a wręcz przeciwnie. Oczywiście sama z siebie nie odżywia, bo ma jedyne porządnie domyć włosy, ale również idealnie przygotowuje włosy do zabiegów 'odżywiających', które działają wtedy - w mojej opinii - ze zdwojoną siłą.


Mowa o genialnej sodzie oczyszczonej. Kiedy moje włosy są przyklapnięte, bez życia, czasem również tracą na blasku (i to znacznie) a przede wszystkim wyglądają jakbym je wysmarowała olejem i była z tego faktu bardzo zadowolona (bo w końcu wyszłam tak na ulicę) sięgam po sodę, która przywraca moim włosom objętość i blask. Sodę najczęściej mieszam z szamponem Beauty Farm, 'objętość i blask' KLIK, ale czasem zdarzało mi się mieszać ją z szamponem Le Cafe de Beaute 'Aktywny wzrost i blask' KLIK. Co ciekawe - dodatek sody do szamponu 'z kozą' sprawia, że mieszanka się upłynnia a dodatek do Le Cafe sprawia, że staje się bardziej zwarta w sobie ;d Przed takim oczyszczeniem włosy zawsze olejuję. Nakładam taką ilość oleju, że widać, że włosy są nim pokryte. Następnie wylewam do filiżanki pokaźną porcję szamponu z SLS i wsypuję na oko jedną łyżkę stołową sody oczyszczonej. Włosy spłukuję ciepłą (nie gorącą!) wodą i przystępuję do mycia włosów. Po spienieniu trzymam szampon z sodą na głowie jeszcze ze dwie do trzech minut i spłukuję dokładnie w między czasie jeszcze masując włosy. W dalszej kolejności lubię  nałożyć maskę z dodatkiem oleju (najlepiej miesza mi się oleje z maskami Planeta Organica (KLIK) i trzymam pod foliowym czepkiem i ręcznikiem około 30-40 minut. Włosy po takim zabiegu prezentują się następująco (zdjęcie poniżej) zaś więcej o tym co dokładnie na włosy zostało nałożone przeczytacie w TYM wpisie. Odsyłam Was do niego, ponieważ właśnie tam nałożyłam na włosy zestaw o którym teraz piszę : )


Po spłukaniu najczęściej sięgam po płukankę cytrynową oraz tej z dodatkiem octu jabłkowego. Cytrynowa jest mi jedna bliższa i bardzo lubię ją stosować. Zawsze stosuję płukanki zakwaszające po użyciu sody oczyszczonej. To podbija ich miękkość i blask a płukanka cytrynowa przedłuża świeżość moich włosów, na którą notabene, nie mam co narzekać ; )
Na zdjęciu poniżej możecie zobaczyć mój ulubiony, pudrowo-różowy kubek do płukanek - zawsze ląduje w nim około łyżeczki octu jabłkowego bądź łyżka stołowa soku z cytryny.


Drugim ulubionym zabiegiem dla włosów (niwelującym strączkowanie), który dodatkowo działa na moje końcówki bardzo wygładzająco/nabłyszczająco jest zabieg laminowania z udziałem żelatyny. Jest i będzie moim ulubionym sposobem na lejące, wygładzone i zdrowo wyglądające włosy aż po same końce : )
Laminowanie wykonuję niezmiennie tak samo z tą różnicą, że teraz myję włosy po owym laminowaniu dwa razy szamponem z SLS... a kiedyś wystarczył jedynie raz delikatnym szamponem (i uprzednim emulgowaniem maską) by zmyć całe bogactwo z włosów : ) Na wstępie powiem, że te dwa razy SLS (czasem nawet zdarzyło mi się umyć również z dodatkiem sody) nie wypłukuje mi żelatyny z włosów i efekt laminowania wciąż utrzymuje mi się do tygodnia czasu. Przynajmniej na moich włosach.
O zabiegu laminowania możecie przeczytać TUTAJ (te Niedziele dla włosów zawsze będą moją ulubioną serią! Już drugi link do mojej Niedzieli wrzucam w ten post ;3). Przed laminowaniem zawsze nakładam ulubiony olej do włosów (aktualnie kameliowy KLIK, naprawdę wart przetestowania), następnie jako drugą warstwę (na wciąż naolejowane włosy) dokładam oliwę z oliwek z prawdziwym miodem. Trzecią (ostatnią) warstwą, którą dokładam na włosy jest oliwa z oliwek z żelatyną. Po umyciu dwukrotnie szamponem z SLS włosy są puszyste, lejące, bardzo błyszczące (za sprawą żelatyny i odpowiednio dobranych 'podkładów').

Dodam, że nie testowałam sody na włosach innych niż te nisko/średnioporowate w kierunku nisko. Włosy zniszczone też lubią zbijać się w strączki z tą różnicą, że z innej przyczyny - w tym przypadku chodzi o haczące o siebie łuski włosa, ale na to są już inne sposoby : )

Czy olejować niskoporowate włosy?

Czy olejować niskoporowate włosy?
Olejowanie jest polecane zazwyczaj w pielęgnacji włosów zniszczonych, suchych lub problematycznych. Na takich włosach oczywiście ten zabieg daje najbardziej zauważalne efekty. Wiele osób, które kilka lat temu zafascynowały się olejowaniem i dzięki niemu odzyskało dobrą kondycję włosów, teraz już tego nie robi. Ale czy nie warto olejować włosów, które są już całkowicie zdrowe?


W mojej opinii warto aplikować olej na każde włosy. Oleje dają najbardziej fenomenalne rezultaty spośród wszystkich metod pielęgnacji. Również włosy zdrowe, którym pozornie nic nie brakuje mogą czerpać z olejów coś dla siebie.
Przykładem na to jestem ja i Ola. Nasze włosy są niskoporowate, a mimo to jak możecie zobaczyć na blogu nie stawiamy na prostą pielęgnację i w dalszym ciągu oleje są zawarte w naszej rutynie. Nie zamierzamy z nich rezygnować, ponieważ widzimy wielką różnicę, jak tylko oleje pójdą w odstawkę.
Miesiąc temu ograniczyłam się do mycia i odżywki używanej nieregularnie. Taki stan rzeczy trwał koło dwóch tygodni. Na początku właściwie nie widziałam różnicy jeśli chodzi o miękkość, rozczesywanie. Niestety po kilkunastu dniach kondycja kosmyków spadła na łeb na szyję. I choć większość ludzi i tak sądziłoby, że z włosami nic się nie stało, ja widziałam różnicę. Po chorobie od razu zafundowałam sobie olejowanie na całą noc olejem kameliowym (KLIK), sprawdzoną maskę (KLIK) i wyglądały znów dobrze.
Bardzo dobrze widać to co oleje dają moim włosom na zdjęciach z tego wpisu KLIK. Dla porównania zdjęcie z Naked Hair Challenge zamieszczone w TYM wpisie.
Włosy po olejowaniu od razu wyglądają pięknie, ponieważ zostają wygładzone, dociążone, a także, co najbardziej zauważalne - błyszczą się bardzo mocno. Tego blasku nie da się podrobić samą maską, nawet najlepszą.
O ile na włosach zniszczonych na zadowalające rezultaty trzeba zazwyczaj trochę poczekać, tak w przypadku niskoporowatych, jeśli trafimy na olej, który nam przypasuje, będziemy widzieć gołym okiem różnicę już po jednym razie. Z olejów, które takie WOW gwarantują po pierwszym użyciu najbardziej polecam kameliowy (KLIK) i żurawinowy (KLIK).
Kiedy nie naolejuję włosów nie ma mowy o tym, by tworzyły idealną gładką taflę - zawsze znajdą się włosy, które będą odstawać psując efekt. Na co dzień nie jest to wielki kłopot, bo przecież nie mam obowiązku mieć idealne włosy zawsze. Jednak jeśli mam ważne wyjście, spotkanie nie pomijam nigdy tego kroku przed myciem.
Poza natychmiastową wizualną konsekwencją są też te bardziej długofalowe. Dzięki nie wykluczeniu olejów z pielęgnacji moje włosy mniej się niszczą. Regularne olejowanie przyczynia się do tego, że włosy się nie plączą. Każda posiadaczka włosów długich wie jak potrafią się one plątać, kiedy wieje wiatr albo zimą, gdy nosimy szaliki, golfy. Po olejowaniu włosy są dużo bardziej śliskie, mniej o siebie haczą, przez co mniej się plączą, są mniej niesforne i nie sprawiają problemów z rozczesywaniem. To wszystko ma bardzo duży wpływ na mniej zniszczeń, mniejszą łamliwość. Końcówki też są bardziej chronione i rzadziej trzeba je podcinać. Ja ostatnio nie podcinałam włosów przez pół roku i dalej wyglądały świetnie.


Wpisy i produkty z naszego sklepu o których mowa w tekście:

1. http://www.sophieczerymoja.com/2017/03/porownanie-efektow-w-zdjeciach.html
2. http://www.sophieczerymoja.com/2017/04/naked-hair-challenge-farbowanie-farba.html
3. http://www.sophieczerymoja.com/2017/03/niedziela-dla-wosow-bogata-pielegnacja.html
4. https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Karelia-Organica%2C-Organic-Oblepikha%2C-Gleboka-odnowa-oraz-nasycenie/20
5. https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Olej-kameliowy-100-ml/156
6. https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Sekrety-Arktyki%2C-Olejek-z-zurawiny-arktycznej/55

M.

Tydzień w zdjęciach, co dostałam na urodziny, włosowa biżuteria

Tydzień w zdjęciach, co dostałam na urodziny, włosowa biżuteria
Postów typu "Tydzień w zdjęciach" nie było na naszym blogu dawno. Wyparła je inna tematyka, mój słaby aparat w telefonie też nie zachęca.
Ostatnio jednak w moje ręce z okazji urodzin trafiło kilka wspaniałości i chciałabym się nimi pochwalić. A przy okazji pokazać co nieco : )
Wprawdzie urodziny jeszcze przede mną, ale prezenty od najważniejszych osób już dostałam.
Perfumy Angel (dokładnie TE, KLIK) zamarzyły mi się w chwili, kiedy zamawiałam bazę pod cienie (KLIK) do powiek z polecenia jednej z Was. Jako gratis dostałam miniaturki perfum, w tym właśnie te. Zakochałam się od pierwszego psiknięcia. A musicie wiedzieć, że nie jestem miłośniczką perfum i od lat jestem wierna jednym. Po drodze pojawiało się coś innego, ale żaden zapach aż tak mnie nie uwiódł.


Paletka do makijażu z Too Faced (kupiona TUTAJ) była na mojej liście już od kilkunastu miesięcy. Zawsze jednak było mi szkoda pieniędzy. W chwili kiedy pojawiła się nowość - Sweet Peach (KLIK) zachorowałam na nowo. Kolory są przepiękne, a sama paleta należy do tych "kompletnych", dzięki którym można zmalować każdy makijaż - od dziennego po wieczorowy, od klasycznego brązowego smokey eyes po te bardziej kolorowe. Zawiera maty i cienie błyszczące. To właśnie te błyszczące są moimi ulubionymi, ponieważ mienią się cudownie, tworząc prawdziwą taflę.


Kilka dni temu skusiłam się także na nową pomadkę (KLIK). Zazwyczaj maluję usta na kolory nude, bardziej cieliste. Jednak tym razem wybrałam coś dziennego, ale w innym tonie.
Opinie o tych pomadkach krążą świetne, więc mam nadzieję, że kolor mi przypasuje, choć nigdy takiego nie miałam.
Dwie książki, które widzicie to moje nowe nabytki, do których przekonała mnie moja znajoma. Była ona właśnie w trakcie czytania "Sekretnego życia drzew" i jej rekomendacja skłoniła mnie do zakupu. "Duchowe życie zwierząt" dostałam od męża.
Jestem w trakcie czytania książki o drzewach i naprawdę wywróciła ona moje postrzeganie na ten temat. Wyprawa do lasu już nigdy nie będzie taka jak wcześniej.


Na Instagramie często pytałyście skąd jest sukienka Oli - to sukienka TEJ marki KLIK.


Urodzina pizza ;d


Opaska we włosach - KLIK : )

M.

30 dni dla włosów, Jak zrobić loki bez użycia ciepła, wsuwek, klamry czy też spinek do włosów oraz bez produktów utrwalających? Przydadzą się za to sprawne dłonie! : )

30 dni dla włosów, Jak zrobić loki bez użycia ciepła, wsuwek, klamry czy też spinek do włosów oraz bez produktów utrwalających? Przydadzą się za to sprawne dłonie! : )
Pomyślałam, że nie postawię jedynie na samą pielęgnację (zróżnicowaną) biorąc udział w Akcji Włosomaniaczek '30 dni dla pięknych włosów' Anwen, ale również spróbuję nowy sposób kręcenia bez użycia ciepła : )
Odkąd znalazłam dla siebie idealny sposób kręcenia moich włosów/ich codziennej stylizacji w postaci koczka na wypełniaczu ze skarpety nie szukałam innych metod kręcenia włosów. Uwielbiam kiedy moje włosy falują a zarazem fale są gładkie i błyszczące - a nie takie jakby 'poszarpane' : )


Niemniej jednak ciężko przynudzać na włosowym (miedzy innymi) blogu jednym i tym samym, także postanowiłam porwać się na coś co odkryłam już dobry rok temu. Inspiracji oczywiście szukałam na YouTube'ie i znalazłam ją w tym filmiku (KLIK). Robiłam wszystko dokładnie tak samo jak autorka filmiku z tą różnicą, że przed zawinięciem włosów w kokony niczym ich nie pryskałam. Zaintrygowało mnie jak można wyczarować na włosach loki bez użycia spinek, wsuwek czy też klamry do podpięcia. Wczoraj po umyciu włosów postanowiłam, że coś z nimi zrobię i przez większego zastanowienia zaczęłam je skręcać w ruloniki i tworzyć kokony ;d Był to mój pierwszy raz i przyznam, że nie przykładałam specjalnej wagi do tego czy robię to precyzyjnie i czy oddzielam włosy w miarę podobne do siebie wielkością pasma, ale czuję, że gdyby metoda była przeze mnie wypracowana osiągnęłabym na włosach naprawdę zadowalający efekt. Innymi słowy - post powstał bardzo spontanicznie i nie pomyślałam, że moje kokony dotrwają do rana! Mam bardzo śliskie włosy i nie chciałam nakładać na nie żadnych pianek czy też lakieru do włosów, więc tym bardziej nie liczyłam na to, że rano obudzę się z kokonami - a jednak : ) W nocy rozwinięciu uległ jeden kokonik, ale nie zawijałam go ponownie, ponieważ w nocy jedyne na co mam siłę to przewrócić się na drugi bok. Moje zdziwienie było tym większe, że loczek wytrwał w takiej postaci jakiej zobaczycie na poniższych zdjęciach i kompletnie się nie rozprostował. Nawet teraz, kiedy piszę posta wczesnym wieczorem moje włosy nie rozprostowały się praktycznie wcale. Dłuższe pasemko włosów, które widzicie na poniższym zdjęciu uległo rozwinięciu w nocy, jak wyżej wspominałam. Krótsze pasemko rozwinęło się samo nad ranem, po wstaniu z łóżka. Reszta wytrwała:


Kokony prezentowały się następująco
:


Przerzucone do przodu, jeszcze nieroztrzepane:


Tu już starałam się je delikatnie rozdzielić by nabrały objętości:


Uważam, że jak na pierwszy raz wyszło całkiem okay. Myślę, że gdybym przyłożyła się bardziej loczki były piękniejsze. Ogólnie nie jestem fanką kręcenia kilkunastu pasm, ponieważ wtedy nie ma siły by loczki wyszły ładne i grube a zazwyczaj kończy się z baranem na głowie i 'zjedzoną' przez mocny skręt długością. Samą metodę uważam za naprawdę przyjemną tym bardziej, że do wyczarowania loków nie potrzebowałam dosłownie niczego prócz dwóch palców i umiejętnego nawijania kokonów. Trwałość skrętu jest naprawdę zdumiewająca, ponieważ nigdy przedtem loki nie trzymały mi się aż tak długo - jestem pozytywnie zaskoczona i nie mogę w to uwierzyć. Nawet nawijając mniejsze pasma (również) na chusteczki nawilżane np. nie osiągnęłam tak trwałego efektu a również długo się utrzymywał. Jeśli jesteście ciekawe barana po chusteczkach nawilżanych to wrzucam zdjęcia:

Ten przebił wszystko i chciałabym tą metodę dopracować po swojemu : ) Niemniej jednak ciężko nawijać grubsze pasma, ponieważ z racji tego, że włosy są bardzo sprężyste i śliskie takie grubsze kokony ulegają natychmiastowemu rozwinięciu - tym bardziej, że muszą być nawinięte do samego końca by końcówki nie były niedokręcone. Niemniej jednak - jeszcze będę próbować sama dla siebie.

Według mnie kluczową rzeczą, poza oczywiście umiejętnym nawinięciem by loki były podobnej wielkości jest pielęgnacja przed kręceniem by włosy nie wyglądały na przesuszone - o odgniecionych końcówkach nie wspominając.
Moja pielęgnacja przed stylizacją to olej konopny na dwie godziny przed myciem. Następnie mycie szamponem Le Cafe de Beaute, Aktywny wzrost i blask wraz z łyżką sody oczyszczonej. W następnej kolejności maska łopianowa Karelia Organica na 5 minut (uwielbiam ją!) i płukanka octowa co by domknąć łuski włosów po sodzie. Włosy zostały całkowicie wysuszone przed nawijaniem na palec.

Spotkałyście się z taką metodą kręcenia włosów? : )

30 dni dla włosów - dużo zdjęć włosów po ulubionych kosmetykach

30 dni dla włosów - dużo zdjęć włosów po ulubionych kosmetykach
Cieszę się, że zdjęcia do akcji "30 dni dla włosów" zrobiłam w ciągu tygodnia, ponieważ od 3 dni nie czuję się dobrze ;c Dokładniej o moich dolegliwościach opowiem Wam w Aktualizacji Włosowej, ponieważ ma to ścisły związek z przyjmowaniem pewnych sproszkowanych owoców ;d Teraz na szczęście czuję się na tyle lepiej, że jestem w stanie napisać posta ;d Nie wiem, czy jeszcze spróbuję je przyjmować, ponieważ do tego stanu mogły przyczynić się również inne czynniki, hm. Byłam bardzo zmotywowana dzięki wspólnej akcji, ale są rzeczy, których niestety nie da się przeskoczyć. Zobaczymy. Podzielę się dziś z Wami dużą dawką zdjęć, które następowały po sobie (załączyłam właściwie wszystkie z tej 'włosowej sesji') - włosowy spam nie jest zły! : ) Znajdą się również 'gorsze' ujęcia, ale przecież nic nie szkodzi. Podczas zdjęć troszeczkę wiało.


Jak zobaczycie na zdjęciach moje włosy za sprawą ostatniego farbowania indygo od Swati (KLIK) są dużo bardziej granatowe niż po farbowaniu Khadi. Cieszę się z tej zmiany do której pchnęły mnie przede wszystkim względy ekonomicznie. Za cenę około 60 zł mam dwa farbowania - puszka, która zawiera 150 g jest podczas jednego farbowania zużyta na moje włosy jedynie w połowie.
Postanowiłam wykończyć resztkę oleju kameliowego (TEGO, KLIK), którą znalazłam. Była to odlewka, którą najwyraźniej zapomniałam dorzucić siostrze do paczki, którą moi rodzice wysłali na Święta ;c Trudno mi testować inne oleje wiedząc jakie niezwykle efekty daje na moich włosach olej kameliowy - ciężko znaleźć jego następcę : ) Tak więc... wtarłam dość pokaźną ilość oleju we włosy a następnie dokładnie go wczesałam szczotką wiosłową z Rossmanna. Nie wyobrażam sobie innej szczotki do tego celu. W skórę głowy postanowiłam wetrzeć delikatnie żel Cerkogel 30%, ponieważ szczerze mówiąc ostatnio kwestię peelingu skóry głowy (zarówno tego mechanicznego, który wykonuję cukrem jak również enzymatycznego) po prostu zaniedbałam. Włosy zaplotłam w warkocza i przechodziłam z olejem na głowie około 2-3 godzin. Z racji tego, że włosy były oczyszczane całkiem niedawno szamponem na kozim mleku 'objętość i blask' (KLIK) z dodatkiem sody oczyszczonej nie zdecydowałam się na jej ponowne użycie, ponieważ nie zauważyłam takiej potrzeby. Zwykle sięgam po nią kiedy moje włosy są bez życia i zaczynają się strączkować. Użyłam zatem szamponu o którym pisałam Wam już zarówno w Niedzieli dla włosów jak również przy okazji ostatniego wpisu z cyklu "30 dni dla włosów"... mianowicie sięgnęłam po Le Cafe de Beaute, 'Aktywny wzrost i blask' (KLIK). Włosy umyłam nim dwa razy, ponieważ jak już wiecie, kiedy włosy olejuję wymagają podwójnego mycia (nie to co kiedyś!) : ) Przy pierwszym myciu dokładnie spieniam szampon i pozostawiam go na 1-2 minuty na głowie podczas których, na przykład, myję zęby - mam wtedy pewność, że po drugim myciu włosy na pewno będą świeże i domyte z oleju. Po spłukaniu szamponu nałożyłam maskę Karelia Organica, Moroshka (KLIK) - jej konsystencja nie jest tak zbita jak wersji łopianowej o której Wam ostatnio pisałam, ale dla blasku, który daje przebolałam jej dość rzadką konsystencję : ) Przyjemny zapach dodatkowo umilił całą aplikację. Maskę trzymałam pod folią i ręcznikiem około 15 minut po czym dokładnie wypłukałam ją z włosów. Włosy zostały wysuszone chłodnym nawiewem bez którego ani rusz i zawinięte w mojego nocnego koczka na skarpecie.

Spójrzcie na poniższe zdjęcie - bawi mnie wygląd moich nowych włosów dookoła głowy: