Popularne posty

Czy pianka Alkemie, Foa-m my God jest warta swojej ceny i czy znalazłam jej tańszy zamiennik

Czy pianka Alkemie, Foa-m my God jest warta swojej ceny i czy znalazłam jej tańszy zamiennik
Rzadko kiedy wydaje większe kwoty na produkty do oczyszczania. Niegdyś myślałam, że produkty myjące mają tylko i wyłącznie myć.
Okazało się jednak, że zwracając uwagę na składy szamponów czy żelów pod prysznic dostrzegłam różnicę w kondycji włosów i skóry. Teraz nie wyobrażam sobie już używać byle czego.


O piance Alkemie czytałam same zachwyty i nie mogłam się nadziwić, dlaczego coś czym w teorii tylko myje się twarz kosztuje tak dużo. Postanowiłam to sprawdzić.
Jeśli jesteście ciekawe czy było warto wydać na nią prawie 100 zł, zapraszam dalej : )

Foa-m my God - ekstremalnie łagodna pianka do twarzy - czy jest warta swojej ceny?



Kiedy tylko otrzymałam swoje zamówienie ze sklepu Alkemie nie mogłam się doczekać, by je rozpakować i użyć.
Samo opakowanie kosmetyku jest piękne, wygląda luksusowo. Kartonik zawiera wszystkie niezbędne informacje, wykonany jest z bardzo miłego w dotyku papieru. Sama pianka znajduje się w plastikowym pojemniczku z pompką.


Kosmetyku używałam dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Przy takiej częstotliwości stosowania wystarczyła mi na zaskakująco długo. Obawiałam się, że produkt nie będzie zbyt wydajny. Miałam wcześniej pianki innych firm i kończyły się dość szybko.
Pianka Alkemie wystarczyła mi na około 2,5 miesiąca. Na pewno zatem wydajność idzie w parze z ceną.
To co wyróżnia ten produkt na tle innych pianek do mycia twarzy to niesamowicie bogata konsystencja. Pianka jest leciutka jak chmurka, a jednocześnie bardzo bogata, napakowana substancjami aktywnymi, co sprawia, że ta lekka piankowa konsystencja staje się jakby kremowa i gęsta. Na oczyszczenie twarzy wystarczy jedna pompka, co przekłada się na tą wspaniałą wydajność.
Sama aplikacja to wielka przyjemność, również dzięki delikatnemu zapachowi. Czuć jak miękka konsystencja otula skórę, działa niczym aksamitny krem. Nie czuć żadnego ściągnięcia, nic nieprzyjemnego. Co warto podkreślić, nie szczypie w oczy nawet jeśli się do nich dostanie.
Buzia po umyciu jest miękka, przyjemna w dotyku. Nie wyczuwam żadnego filmu, ale skóra nie woła od razu o krem.


Skład kosmetyku Alkemie i komu ją polecam



Marka Alkemie przykłada dużą wagę do jakości swoich produktów. Skład pianki jest na 6 z plusem i nie można się do niczego przyczepić.
Za takim składem idzie jakość i przyjemność stosowania oraz wydajność.
W składzie znajdziemy m.in. ekstrakt z pieprzu tasmańskiego o działaniu wyciszającym, kojącym zaczerwienienia, wyciąg z rozmarynu, rumianku, rdestu japońskiego, lukrecji, tarczycy bajkalskiej, a także substancje nawilżające.
Nie znajdziemy tutaj żadnych szkodliwych, potencjalnie drażniących składników. Formuła jest opracowana tak, by działać jak najłagodniej, nie naruszać bariery hydrolipidowej skóry, a jednocześnie zachować dobre właściwości oczyszczające.
Rzeczywiście tak jest - nigdy wcześniej nie miałam tak delikatnie działającego produktu oczyszczającego. Podejrzewam, że nadawał by się on nawet do skóry atopowej, nadwrażliwej.
Kiedy moja skóra była zaczerwieniona i wrażliwa w trakcie kuracji retinoidami produkt nie podrażniał mnie. Mogłam bez obaw go używać, a on nie szkodził, a nawet łagodził ją.


Czy udało mi się znaleźć tańszy zamiennik pianki Foa-m my God?



Kiedy pianka dobiła denka i z ciężkim sercem musiałam się z nią rozstać poszukiwałam jej następcy. Najbardziej popularnymi piankami do oczyszczania twarzy są chyba pianki EcoLab. Niestety, mnie podrażniła jedna z nich i więcej po nie nie sięgnę, ponieważ kilkanaście dni trwało nim się uporałam ze skutkami jej używania.


Przypadkiem znalazłam piankę Natura Siberica, która kosztuje około 28 zł (do kupienia TUTAJ). Zamówiłam na wypróbowanie i nie zawiodłam się.
Ma bardzo podobne działanie do pianki Alkemie - także działa bardzo delikatnie, nie podrażnia, ma nawet podobny naturalny zapach.
Jednak nie czuć już tutaj tego 'luksusu'. Konsystencja produktu jest dość rzadka, przez co na jedną aplikację zużywam 2, 3 pompki. Z powodu konsystencji czasem spływa z dłoni, nie jest aż tak przyjemna w użytkowaniu.
Pomijając jednak aspekt mniejszej wydajności, ponieważ opakowanie starcza średnio na miesiąc krócej niż poprzednik, czyli mogę się nią cieszyć około 1,5 miesiąca to jest to całkiem przyjemny produkt, który warto poznać.
Delikatnie łagodzi skórę, także mogę jej używać przy podrażnionej skórze i nie zaostrza jej stanu. Nie odczuwam aż takiego otulającego działania, jak przy poprzedniku, jednak i tak jest bardzo delikatna. Można by się obawiać, że skoro przeznaczona jest do cery tłustej i mieszanej to będzie działała matująco, ściągająco, ale nic takiego nie ma miejsca.
Polecam wypróbować jeśli szukacie czegoś łagodnego do mycia wrażliwych cer, niekoniecznie tłustych i mieszanych, ale także suchych i normalnych.

W składzie także same delikatne detergenty, a do tego gliceryna i między innymi ekstrakt z sofory japońskiej, hydrolat z rumianku, ekstrakt z krwawnika, olej słonecznikowy, ekstrakt z zawilca ałtajskiego.


Używacie pianek do oczyszczania twarzy? U mnie w tym roku królują i przebiły klasyczne żele oczyszczające.
Następna będzie chyba nowość marki Iossi - pianka ryżowa (dokładnie TAKA).

Święty Grall na wypadanie włosów. To jemu zawdzięczam zahamowanie kilkumiesięcznego wypadania

Święty Grall na wypadanie włosów. To jemu zawdzięczam zahamowanie kilkumiesięcznego wypadania
Wspominałam o tym produkcie już przy okazji ostatniej aktualizacji - http://www.sophieczerymoja.com/2018/12/aktualizacja-wosowa-skupiona-na.html. Jest to jednak rzecz tak wspaniała, że należy się jej osobny wpis. Zapraszam zatem do lektury o produkcie, który uratował moje włosy w ostatnich tygodniach.

Jak to się zaczęło, czemu akurat ten produkt


Na produkt marki Bionigree trafiłam zupełnie przypadkiem, kiedy poszukiwałam czegoś do peelingu skóry głowy. Niestety, kultowe już serum oczyszczające KLIK było niedostępne. Z ciekawości spojrzałam na skład Serum pobudzającego wzrost (do kupienia TUTAJ) i trafił on do mojego koszyka niemal od razu. Obietnice producenta i substancje aktywne zachęcają, by mimo dość wysokiej ceny się skusić.


Oto obietnice producenta:

To preparat na porost włosów, którego działanie przejawia się w uruchomieniu nowego cyklu wzrostu włosów oraz odpowiednim odżywieniu mieszków włosowych i szybszym włączeniu komórek macierzystych do działania w fazie anagenu (fazie wzrostu włosa).” Co ważne jest to kosmetyk o naturalnym składzie. Nie zawiera SLS/SLES, parabenów, silikonów, PEG, sztucznych barwników i innych kontrowersyjnych substancji. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i nie był testowany na zwierzętach. Ważne jest też to, że producent zezwala produkt stosować także w ciąży.


Zerknijmy najpierw na skład …


Wygląda on następująco: Aqua, dimethyl isosorbide, ribes nigrum fruit extract, glycerin, pisum sativum sprout extract, malus domestica fruit cell culture extract, xanthan gum, lecithin, sodium metabisulfite, larix europaea wood extract, zinc chloride, camellia sinensis leaf extract, potassium sorbate, sodium levulinate, sodium PCA, sodium lactate, arginine, aspartic acid, PCA, glycine, alanine, serine, valine, proline, threonine, isoleucine, histidine, phenylalanine, cyclodextrine, parfum, diosmine, sodium hyaluronate, lactic acid.

Na początku woda, później rozpuszczalnik, który ułatwia przenikanie substancji aktywnych. Już na trzecim miejscu mamy ekstrakt z owoców czarnej porzeczki, kolejno gliceryna, wyciąg z nasion zielonego groszku, ekstrakt komórek macierzystych ze szwajcarskiej jabłoni domowej, gumę guar jako zagęstnik, odżywczą lecytynę i konserwant dozwolony do stosowania jako dodatek bezpieczny. Po konserwancie ekstrakt z kory modrzewia europejskiego, chlorek cynku, ekstrakt z liści zielonej herbaty, kolejne dwa konserwanty. Następnie dwie substancje działające nawilżająco, zestaw aminokwasów, Diosmina, która poprawia ukrwienie oraz kwas mlekowy.


Jak widzicie jest bardzo bogato, występują tu substancje łagodzące, poprawiające nawilżenie skóry, jak i polepszające ukrwienie. Ponadto dodatek cynku i ekstraktu z groszku, które mogą pomóc normalizować pracę gruczołów łojowych. Do tego oczywiście obiecany ekstrakt z czarnej porzeczki i komórki macierzyste z jabłoni.

Opakowanie i aplikacja


Sam produkt otrzymujemy zapakowany w elegancki kartonik. W środku znajduje się szklana buteleczka o pojemności 50 ml z pipetą.


Jest to pozornie wygodne, jednak kiedy produktu zostaje nam mało, pipetką ciężko go nabrać i najlepiej wylewać prosto na dłonie lub na talerzyk i w nim następnie maczać opuszki i aplikować przykładając bezpośrednio do głowy.
Zapach jest dyskretny, bardzo przyjemny, lekko słodki. Konsystencja zaś dość rzadka, ale śliska, lekko przypomina kisiel, przez co stosowanie jest proste.
Wydajność jest średnia, ponieważ u mnie przy stosowaniu praktycznie co dwa dni jedno opakowanie starczyło na około miesiąc. Już po tym czasie były zachęcające efekty, więc dokupiłam kolejne opakowanie.
Polecam przeprowadzić taką samą lub dłuższą kurację dla pełnych i trwałych efektów.
Ja stosowałam produkt zaraz po myciu włosów. Wcierałam go w wilgotną skórę i suszyłam włosy jak zawsze.
Nie zauważyłam przetłuszczenia, a wręcz przeciwnie. Skóra głowy zareagowała bardzo pozytywnie i włosy były lekko odbite od nasady.
Kiedy zaaplikowała serum już na suchą skórę włosy były obklejone, posklejane.


Znacie ten produkt? Jak Wasze wrażenia po kuracji? : )
M.

Jak aktualnie farbuję włosy, Ola

Jak aktualnie farbuję włosy, Ola
Mój post o farbowaniu powstał jeszcze w 2016 r. Mowa dokładnie o TYM poście. Później zrobiłam małą aktualizację z myślą o drzewie kempeszowym - http://www.sophieczerymoja.com/2018/05/moje-aktualne-farbowanie-wosow-ola.html
Prosiłyście mnie w wielu wiadomościach o jego aktualizację, więc właśnie dziś zamierzam nieco więcej o tym napisać : )
Teraz moje farbowanie nie jest tak 'restrykcyjne' jak kiedyś, kiedy unikałam jak ognia rudej poświaty na ciemnych włosach. Aktualnie mi nie przeszkadza a z 'kolorem pod słońce' chętnie eksperymentuję ;3

Dlaczego zaprzestałam używania indygo


Zrezygnowałam z indygo właściwie z dwóch względów. Kluczowym powodem było moje złe samopoczucie zaraz po farbowaniu, które czasem pojawiało się już po godzinie od nałożenia. Przyznam szczerze, że długo męczyłam się dla 'piękna włosów' i w pewnym momencie stwierdziłam, że koloryzacja włosów stała się dla mnie bardzo przykrym, comiesięcznym obowiązkiem. Nie chodzi przecież o to, żeby się dosłownie 'katować' dla niebieskiej, naprawdę przepięknej czerni i kiedy reakcje organizmu były już za ostre... odpuściłam. Indygo chciałam zastąpić katamem, ale niestety jak dla mnie katam pachnie dosłownie jak indygo i już podczas mieszania zioła miałam bardzo podobne doznania jak podczas rozrabiania i aplikacji indygo ;c Tak więc katam również poszedł w niepamięć i nie wrócę do niego bez wątpienia. Rozjaśniane indygo źle się kończy, dlatego też, wolę teraz używać ziół przy których taką możliwość będę mieć.

Chęć posiadania fioletowych włosów za sprawą drzewa kempeszowego


Pamiętacie włoską grupę, którą chętnie Wam linkuję prawda? Dla przypomnienia - https://www.facebook.com/groups/660982353951509/
To właśnie z niej w momencie jej bacznego przeglądania trafiłam na drzewo kempeszowe (jeśli jesteście ciekawe efektów wpiszcie sobie w 'lupkę' - 'campeggio'), które Włoszki rozrabiały z dodatkiem sody oczyszczonej (to właśnie jest to 'bicarbonato') bądź z ałunem. Kolor po ałunie jest piękniejszy i ponoć bardziej stabilny niźli po sodzie oczyszczonej (zauważyłam podczas moich aplikacji z dodatkiem sody, że lubi wracać do swojego 'rudawego' odcienia), ale nie odważyłabym się nakładać go na skórę głowy. Nie mam za to pojęcia czy drzewo można rozjaśniać, ponieważ nie robiłam w tym kierunku żadnych testów : ) Biorąc pod uwagę fakt, że wypłukuje się dość szybko, sama nie wiem czy byłby z tym jakiś większy problem... ktoś próbował? ; )

Okay, pokażę Wam teraz efekty mojego naprawdę udanego farbowania na ciemny kolor z fioletową poświatą jedynie za pomocą ziół. U mnie bardzo przystępny efekt występował po farbowaniu dwuetapowym - najpierw henna zakwaszona cytryną (zakwaszam tylko cytryną, ponieważ zauważyłam, że kolory na takiej hennie trzymają się u mnie dużo dłużej) a później drzewo kempeszowe. Próbowałam różnych kombinacji i zauważyłam, że wszelkie dodatki typu np. glutek z siemienia lnianego nieco zakłócały barwienie drzewa i dlatego ostatnie farbowanie było na rozrobieniu jedynie z wywarem spod... drzewa kempeszowego w formie NIESPROSZOWANEJ (kory).
Pytacie dlaczego? Wspomniałam Wam już w poście, w który pisałam o farbowaniu drzewem, że moim zdaniem nie da się wyciągnąć (przynajmniej na sodzie) ładnego koloru z proszku Phitofilos (do kupienia TUTAJ). Stanowił on bazę w moim farbowaniu, ale na pasemkach kontrolnych był to taki dziwny kolor, dla mnie za mało fioletowy, bardziej jakby brązowawy z czerwonymi refleksami... . Dlatego zdecydowałam się robić wywar z drzewa kempeszowego w formie niesproszkowanej (kora), który kupowałam na stronie hobby-wełna ; ) Powiem Wam, że tak - to miało sens! Wywar, na podstawie moich eksperymentów o których wspomniałam Wam tutaj - http://www.sophieczerymoja.com/2018/05/moje-aktualne-farbowanie-wosow-ola.html, puszczał piękny, baaardzo ciemny fiolet (który widzicie na zdjęciu poniżej) za sprawą dodania sody oraz podgrzewania na gazie).


Do wywaru dodawałam łyżkę sody a czasem nawet ilość była zwiększana do niemalże dwóch łyżek. NIE POLECAM WAM DODAWAĆ TYLE SODY W PRZYPADKU JEŚLI WASZE WŁOSY SĄ ZNISZCZONE, BĄDŹ W ŚREDNIEJ KONDYCJI (bądź cienkie i delikatne, bowiem zrobicie sobie 'kuku'). Morał z tego posta chciałam wrzucić, wiadomo, na sam koniec jak to przystało na morał ;d, ale naprawdę nie używajcie sody w farbowaniu włosów, jeśli nie są one w naprawdę dobrej kondycji. Ja pozwoliłam sobie na takie kombinacje, ponieważ po 2-3 'odżywieniach' włosy wracały do siebie a przyznam, że i po farbowaniu nie odczuwałam by działało ono na niekorzyść moich włosów.
Wywar kiedy widziałam już, że ładnie ściemniał (za sprawą podgrzewania i dodatku sody) został odstawiony na noc pod przykrycie. Gdy nadszedł dzień farbowania wrzucałam zawartość dwóch opakowań drzewa kempeszowego Phitofilos do miseczki, miseczka trafiała do garnka do którego uprzednio wlewałam wody i zalewałam proszek wywarem z kory drzewa kempeszowego. Mieszanka była podgrzewana na gazie dopóki naprawdę porządnie nie ściemniała - nawet w kierunku czerni. Często dodawałam do niej jeszcze jedną łyżkę sody. Nie róbcie tego w domu ;d Dlaczego dodawałam aż tyle sody? Zauważyłam, że wtedy kolor był piękniejszy, bardziej fioletowy. Kiedy dodawałam jej mniej, efekt nie był tak zachwycający, ale wtenczas nie podgrzewałam mieszanki, dopiero później się na to zdecydowałam ; ) Szłam na całość, może wystarczyłaby łyżeczka-łyżka sody a po prostu podgrzewana (tj. mieszanka) dłużej? Hm, raczej się tego nie dowiem, choć przyznam, że gdyby drzewo było bardziej trwałe i przede wszystkim MIAŁO LEPSZĄ KONSYSTENCJĘ (której u mnie nie ratował nawet glutek, choć było minimalnie lepiej) to może farbowałabym nim dalej, ponieważ efekt bardzo mi się podobał. A dużo mnie kosztował - wygląd posiniaczonego awatara przed tydzień, wszystko dookoła fioletowo-niebieskie i trudne do wyszorowania, wliczając również moje ciało. Drzewko pięknie barwiło bez dodatków, ale lało się 'z głowy' okrutnie. Pielęgnacja i koloryzacja ziołami miała być przyjemnością na samą myśl robiło mi się słabo. Pokażę Wam jednak wreszcie efekty mojego najbardziej udanego farbowania.

Pierwsze zdjęcie to włosy przed koloryzacją:


Tutaj farbowanie henną z dodatkiem łupin orzecha włoskiego (100 gram henny na 100 gram orzecha (do kupienia TUTAJ). Nie pamiętam dokładnie, czy hennę odstawiałam, ale z całą pewnością tak było, więc została rozrobiona na wodzie z dodatkiem soku z cytryny a tuż przed aplikacją dodałam łupiny orzecha). Powiem Wam, że kolor bardzo mi się podobał i myślałam w pomieszczeniu, że to ładny, jasny brąz... dopóki nie wyszłam na zewnątrz i nie okazałam się ruda. Niemniej jednak miał coś w sobie:


Wreszcie upragniony fiolet. O taki właśnie mi chodziło:


Wnioski z tekstu powyżej są następujące:

- jeśli Wasze włosy są w średniej kondycji/cienkie/delikatne decydujecie się na farbowanie z dodatkiem sody (czy to nawet małej ilości) na własną odpowiedzialność. Odradzam : ) Pamiętam jak na niegdyś zniszczone włosy, farbowane indygo dodałam do (koloryzacji właśnie indygo) trochę soli. Skończyło się podcięciem końcówek większym niż centymetr. Moje włosy aktualnie znosiły ją (sodę) wyjątkowo dobrze, ale nie były takie jak po farbowaniach samymi ziołami bez takich dodatków jak soda, a farbowanie zawsze 'celebrowałam', ponieważ włosy były wizualnie bardziej gęste, grubsze itp. ; )
- jeśli już chcecie koniecznie sodę, która wyciąga naprawdę ciekawe kolory (nie tylko z drzewa) to dajcie jej mniej i próbujcie drzewko podgrzewać : )
- polecam korę drzewa kempeszowego z hobby-wełna bardziej niż proszek Phitofilos (tylko z nim miałam do czynienia, nie wiem jak inne proszki się zachowują). Wywar z niej, podgrzewany i na sodzie to piękny fiolet! Zaczęłam z podgrzewaniem za sprawą podgrzewania rubii (pomyślałam, że warto spróbować) o czym pisało w tym tekście http://www.allnaturaldyeing.com/madder/
Spójrzcie również na nasz instagramowy filmik, gdzie jasne włosy blond zostały zafarbowane najpierw czystą henną a następnie podgrzewanym drzewem kempeszowym https://www.instagram.com/p/BireA9Mlnu8/
Sama myślę, czy nie chciałabym spróbować czystej henny zalanej wywarem z drzewa z ilością sody maksymalnie w jednej łyżeczce, hm. Może właśnie tak będzie wyglądać moje następne farbowanie ; )

Jak farbuję 'teraz'?


1. Wróciłam do pokrywania odrostów farbą chemiczną i wybór padł na Tins of nature (KLIK). Naprawdę jest to farba godna polecenia. Kiedyś używałam Color&Soin, ale ta jakoś bardziej przypadła mi do gustu.


Zatem taki jest mój pierwszy etap farbowania
. Czasem, w przeddzień farbowania, włosy intensywnie olejuję na noc, ale kiedy kondycja moich włosów jest praktycznie świetna, nie potrzebuję już takich kombinacji jak wtedy kiedy włosy potrzebowały 'ustrzeżenia' przed wysuszeniem. Farbę oczywiście spłukuję po czasie przeznaczonym na koloryzację i przystępuję do dwukrotnego mycia szamponem z SLS - u mnie wybór pada albo na mydło Fratti (KLIK), bądź na szampon Bambi (to już tradycja).

2. Na włosy nakładam hennę, która zawsze czeka (przez noc) na aplikację rozmieszana z dodatkami takimi jak (w zależności od tego co mam ochotę użyć) hibiskus (który u mnie działa dobrze na wypadanie), rubia bądź amla (KLIK). Z henną chodzę ile wlezie, minimum to dla mnie 4 godziny. Ostatnio z braku czasu włosy hennowałam na noc. Myślałam, że to już
włosomanictwo najwyższy poziom', ale naprawdę henna rozmieszana z proszkiem z orzecha włoskiego miała super konsystencję, wygląd nutelli i nie pobrudziłam w ogóle poduszek a spałam w czapce. Nie było tak źle a pamiętam jak mówiłam do Moniki 'jak te Włoszki mogą spać z henną całą noc, ja bym tak nie mogła' - sytuacja i brak czasu mnie w rezultacie do tego pchnęły ;3

3. Myślicie, że na tym koniec? Otóż nie. Zauważyłam, że moje włosy niegdyś farbowane henną a następnie indygo były grubsze i jakby było ich więcej (co zauważyła również Monika) niż farbowane jedynie henną. Zdecydowałam się w takim razie na farbowanie cassią z amlą, bądź na ponowne nałożenie henny tylko z innym dodatkiem. W drugim etapie ziołowego farbowania szukam zatem ziół 'barwiących' żeby ich barwnik również się odłożył a tym samym dodatkowo pogrubił mi włos ; ) Tutaj mieszankę przetrzymuję na włosach maksymalnie do 4 godzin. Ze względów ekonomicznych będę wybierać tańsze dodatki do henny typu amla, a mam w planach na 'kiedyś' w drugim etapie nałożyć np. Rosso Ciliegia (KLIK) : )

Aktualizacja włosowa skupiona na problematycznej skórze głowy - swędzącej i łuszczącej się

Aktualizacja włosowa skupiona na problematycznej skórze głowy - swędzącej i łuszczącej się
Dwa miesiące od ostatniej aktualizacji piszę dziś kolejną. Patrząc na słoneczne zdjęcia z października nie mogę uwierzyć, że już grudzień.
Jeśli jesteście ciekawe co się zmieniło i jakich produktów używałam w tym czasie to zapraszam do lektury.


Czy udało mi się wreszcie zahamować wypadanie? 


To zagadnienie uznam za kluczowe w całej aktualizacji, ponieważ problem wypadania dotyczył mnie przez kilka miesięcy w bardzo dużym nasileniu.
Już w ostatniej aktualizacji wspominałam Wam o próbach walki z problemem za pomocą Toniku Vianek (KLIK), a także olejku NaturalMe (KLIK). Dzięki regularnym aplikacjom wyhodowałam mnóstwo baby hair, a także przyśpieszyłam znacząco porost włosów. Nie był to mój cel, ale nie będę przecież narzekać ;d
Od końca września rozpoczęłam testowanie produktu trychologicznego z bardzo dobrym składem marki Bionigree (do kupienia TUTAJ). Zużyłam dwie buteleczki w okresie ponad dwóch miesięcy wcierając serum przeciw wypadaniu Bionigree po każdym myciu, czyli co dwa dni.
Początkowo byłam nastawiona sceptycznie - cena nie jest niska, dostępność słaba. Jednak już po trzech tygodniach dostrzegłam małą zmianę. Czekałam jednak cierpliwie dalej sumiennie stosując produkt.
Po kuracji trwającej 2 i pół miesiące mogę powiedzieć, że po półtora miesiąca włosy praktycznie w ogóle mi nie wypadały.
Był to ogromny sukces, ponieważ inne metody i kosmetyki zawiodły, a moja walka z wypadaniem trwała około pół roku.
Teraz kiedy od miesiąca już nie wcieram w skórę głowy nic, problem nie wrócił. Dodatkowo zyskałam nieco dłuższą świeżość włosów. Widziałam to już w trakcie stosowania kuracji, ale rezultat utrzymuje się dalej.
Jeśli więc próbowałyście wielu produktów i Wasze włosy dalej wypadają to spróbujcie tego serum Bionigree (KLIK).

Święty Grall w przypadku problemów ze skórą głowy


Z powodu wysypki połączonej z silnym świądem, z którą walczę od ponad półtora miesiąca musiałam bardzo ograniczyć kontakt skóry ze środkami myjącymi i wszystkim co mogłoby nasilić ten stan.
Leczenie wymagało ode mnie bardzo minimalistycznego planu pielęgnacji nie tylko skóry całego ciała, ale także skóry głowy.
Pominę wszelkie potknięcia i złe wybory, które nie pomagały, a wręcz szkodziły. Polecę Wam za to jeden szampon, który wyjątkowo mi pomógł i mogę polecić go wszystkim, którzy mają problematyczną skórę głowy, łupież, świąd.
Mowa o Anthyllisie przeciwłupieżowym (możecie go kupić u nas KLIK). Ten szampon dał mi ulgę już po pierwszym myciu. Skóra od razu mniej swędziała, łuszcząca się sucha skóra na głowie zaczęła znikać wraz z kolejnymi myciami. Używałam go przez miesiąc i dzięki niemu nie zadrapałam się na śmierć. Dodatkowy plus to nadawanie objętości, włosów po myciu nim jest wizualnie i objętościowo więcej. Zauważyłam to nie tylko ja, więc coś w tym jest.
Kiedy sytuacja mojej nazwijmy to "dolegliwości" została już trochę opanowana, choć dalej nie jest idealna (... i jeszcze trochę przede mną) do mycia włosów używałam mydła cedrowego (KLIK), które zresztą dalej jest w użyciu.
Ono również dobrze się sprawdzi w przypadku takiej skóry, jednak nie jest aż tak lecznicze jak szampon Anthyllis. Dla potrzymania efektów mi wystarcza.

Pielęgnacyjne minimum


By uniknąć ewentualnego podrażnienia skóry głowy zdecydowałam się na stosowanie balsamu Anthyllis (KLIK) - w pełni naturalnego, pozbawionego szkodliwych, drażniących składników, który na pewno nie wyrządzi krzywdy.
Sprawdzał mi się fenomenalnie i po raz pierwszy odkąd go znam stosowałam go praktycznie non stop, co każde mycie. Przetestowałam go w skrajnych warunkach i zarówno skóra głowy, jak i włosy miały się dobrze.
Doceniam szczególnie fakt, że bajecznie ułatwia rozczesywanie. Przez wzgląd na moją dolegliwość musiałam przestawić się ponownie na mycie włosów z głową w dół, co po ponad 2,5 roku nie było proste.
Kołtuny zdarzają się do teraz, ale Anthyllis (KLIK) i Ekos (KLIK) zawsze mnie wtedy ratują.
Poza włoskimi produktami używam dalej maski Vatika z czarnuszką (KLIK), która jest bardzo wydajna. Nie stosowałam jej już więcej do mycia póki co, ale świetnie działa zaaplikowana na minutę, dwie po myciu. Włosy są po niej miękkie, gładkie, ale także lekkie i nieobciążone.
Podjęłam także próbę odżywki Anwen proteinowa Orchidea (KLIK), która była totalną katastrofą, ale spodziewałam się tego.
Będę celować raczej w wersje emolientowe.
Klasyczne olejowanie prawie całkowicie odpuściłam. Powód był prosty - nie chciałam szorować dwukrotnie włosów i podrażnionej, swędzącej głowy nad prysznicem w niezniernie niewygodnej pozycji, by dobrze umyć olej.
Często wykonywałam za to miniolejowanie, o którym więcej przeczytacie TUTAJ
http://www.sophieczerymoja.com/2017/07/szybkie-mae-olejowanie-metoda.html
Używałam do tego celu oleju marula (KLIK) i z nasion chia (KLIK). To moje dwa ostatnie odkrycia, z których dobrodziejstw korzystam kiedy tylko mogę. Nakładam je także po myciu na suche włosy w celu zabezpieczenia.


Myślę, że grudzień będzie u mnie wyglądał podobnie i mam nadzieję, że od nowego roku już będę mogła wrócić do normalnej pielęgnacji.

PS. Czy któraś z Was (prócz Iw, jej opinię już znam ;*) stosowała TO serum KLIK? Myślę o nim na poważnie, zważywszy na wspomniane problemy skóry głowy...

M.

Ulubione świece sojowe - Hagi i Soyoosh

Ulubione świece sojowe - Hagi i Soyoosh
Zdjęcia do tego posta były robione jeszcze wiosną, dokładnie pod koniec kwietnia. Pokazuję je Wam właśnie teraz, ponieważ jesień i zima to czas, kiedy świece umilają nam dni najczęściej.
Te, które widzicie na zdjęciach otrzymałam z okazji urodzin od bliskich mi osób, które wiedzą co mi podarować bym była zadowolona.

Dlaczego świece sojowe i czym różnią się od innych


To nie jest tak, że z innych świec już nie korzystam, bo dalej mam w domu niektóre parafinowe znanych marek takich jak Yankee Candle, Goose Creek. Zauważyłam jednak, że czasem kiedy je palę zaczyna boleć mnie głowa. Nigdy nie wiązałam tego z rodzajem wosku, a raczej z poszczególnymi nutami zapachowymi. Mówiąc w skrócie, myślałam, że ból głowy powoduje np. zapach lawendy czy korzennych przypraw, gdy palę je zbyt długo.
Okazało się jednak, że świece parafinowe mogą w ten sposób wpływać na nasz organizm, ponieważ podczas ich spalania wydzielają się toksyczne substancje, sadze i po prostu niekorzystnie wpływają na nasz organizm, mogą powodować złe samopoczucie i choroby.
Świece sojowe nie zawierają dodatków chemicznych, ponieważ są w stu procentach naturalne. Świece, które mam już w domu zamierzam wypalać, ale tylko i wyłącznie przy otwartym oknie, co o tej porze roku może być trudne.
Natomiast w przyszłości chciałabym kupować wyłącznie świece sojowe, tym bardziej, że ich wybór stał się naprawdę ogromny i marki, które je tworzą wyrastają jak grzyby po deszczu.

Świeca Hagi - Słodka Wanilia (do kupienia TUTAJ)


To moja druga świeca tej marki. Wcześniejsza to Korzenna pomarańcza (do kupienia TUTAJ), którą miałam w zeszłym roku.
Wspominałam ją całkiem miło, więc zdecydowałam się na inny zapach.
To co charakteryzuje produkty tej marki to prosta szklana forma słoika zakręcanego czarną zakrętką i subtelny zapach po odkręceniu.


Kiedy powąchamy świece na sucho nie zaatakuje nas bukiet aromatu. Raczej subtelna woń słodkiej wanilii. Absolutnie genialny w swojej prostocie. Drugie skrzypce gra szczypta cytrusów choć bardziej niż cytrynę wyczuwam pomarańczę. Lawenda pozostaje gdzieś w tle. Bardziej nadaje głębi zapachowi niż wychodzi na prowadzenie
.
Świeca ma dość słabą siłę zapachu w porównaniu do produktów parafinowych, z którymi wcześniej miałam do czynienia. Po zapaleniu delikatnie wypełnia zapachem pomieszczenie, w którym się znajduje.
Świece te mają jeden mankament. Ten sam problem miałam w przypadku Waniliowej, jak i Pomarańczowej. Mianowicie, niezbyt równo się palą, a mała ilość wosku zostaje na dnie i nie można wypalić jej do końca.
Poza tym oceniam je na 4.

Świece Soyoosh


Marka Soyoosh podbiła moje serce od razu. Łącznie wypaliłam już cztery świece od nich i uważam, że wszystkie są fenomenalne.
Uczciwie powiem, że nie spodziewałam się tego po tych niepozornych słoiczkach z ciemnego szkła.
Na zdjęciach widzicie zapachy Holy Orange i Patchouli Pepper. Wcześniej miałam Cedrus i Eucaliptus.
Każdy zapach jest zupełnie inny i wydawać by się mogło, że nie mają ze sobą nic wspólnego i jedna osoba nie może pokochać ich wszystkich, ponieważ tak bardzo się różnią.
Moim sercem zawładnęły wszystkie cztery i chciałabym sprawdzić pozostałe.


Cedrus i Eucalipus są na pozór podobne. Cedrus pachnie balsamicznie, leśnie, jak powietrze po deszczu w iglastym lesie. Czuć mokry mech, ostre gałązki świerku, jodły, cedru. To świeca wytrawna. Kiedy ją paliłam to czułam, jak oczyszcza się powietrze, każdy wdech był przyjemnością. Nie jest to świeca, którą można zapalić ot tak. To idealna propozycja, kiedy chcemy się zrelaksować, podumać, skupić się na oddechu.
Podobnie działa Eucaliptus, choć ona już jest mniej wytrawna, bardziej orzeźwiająca. Tworzy leśną aurę, ale wzbogaconą czymś cytrusowym, jakby gorzką pomarańczą, trawą cytrynową, a także miętą, rozmarynem i tytułowym eukaliptusem.
Spośród zapachów tej marki, które widzicie na zdjęciach dla mnie bardziej ujmujący okazał się Patchouli Pepper.
To zapach korzenny, dymny, orientalny doprawiony pieprzem i kroplą geranium. Idealny zapach na wieczór - upajający i rozgrzewający. Powiedziałabym nawet, że niezwykle zmysłowy. Mimo swojej ciężkości nie jest mdły, przytłaczający, ponieważ w tle czuć muśnięcie orzeźwienia, czegoś wyciągniętego rodem ze śnieżnego lasu. Mogłabym mieć perfumy o takim zapachu.
Holy Orange to najmniej złożony zapach, choć nie powiem, że mi się nie podoba. To idealna opcja na co dzień, do zapalenia w ciągu dnia, kiedy pracujemy, uczymy się. Zapach energetyzujący, pobudzający, soczysty i dodający energii.
Ma w sobie mały świąteczny akcent - aromat goździków, więc nadaje się także na jesień i zimę, jako prezent świąteczny.


Wszystkie świece Soyoosh palą się względnie równo i bez większych problemów, choć zdarzyły się małe niepowodzenia.
Zapachy jednak rekompensują mi tą niedogodność i często podchodziłam do nich tylko po to by podnieść wieczko, nawet bez odpalania.

M.

Macie jakieś doświadczenia ze świecami sojowymi? Polecacie inne marki?
Chętnie poznam Wasze propozycje ; )

Hennowanie z Phitofilos Henna nr. 1

Hennowanie z Phitofilos Henna nr. 1
Około dwa tygodnie temu farbowałam włosy tytułową henną marki Phitofilos (KLIK). Czekałam te kilkanaście dni by móc Wam zdać relację z tego jak kolor się utrzymuje, czy coś się wymyło itd.
Jeśli jesteście ciekawe jak oceniam ten produkt i czy spełnił moje oczekiwania to zapraszam dalej : )

Dotychczasowe przygody z ziołami Phitofilos


Z ziołami marki Phitofilos miałam już do czynienia. Bardzo polubiłam się szczególnie z Rosso Ciliegia (KLIK), który daje wielowymiarowy odcień kasztanowo-wiśniowy z chłodnymi tonami. Dwa miesiące temu w moje łapki trafiła mieszanka Miscela Robbia, który daje bardzo podobny rezultat, z tym, że jednak nie przyciemnia tak włosów.

Załączam efekty przed farbowaniem Miscela Robbia:


Przed farbowaniem Miscela Robbia, postanowiłam rozjaśnić włosy kwasem jabłkowym i oto efekt:


Efekty po nałożeniu Miscela Robbia na kolor włosów uzyskany po rozjaśnianiu kwasem jabłkowym. Zdjęcia zrobione w dzień farbowania (przy zachodzącym słońcu):


Oraz na drugi dzień od farbowania:


Kolor po niej jednak nie był tak głęboki i nasycony. Miałam wrażenie, że brakuje mu tego czegoś, choć tą subtelność zauważałam tylko ja. Po kilku miesiącach ciemniejszych odcieni rudości wpadających w czerwień zatęskniłam nieco za klasyczną miedzią.
Nie chciałam włosów rozjaśniać, ponieważ aż tak mi nie zależało na tym kolorze. Byłam za to ciekawa innych mieszanek kolorystycznych, dlatego zdecydowałam się na test Henny nr.1 (KLIK).


Skład i przygotowanie mieszanki do farbowania


Patrząc na jej skład można spodziewać się jasnej marchewki na blond włosach i odcieni miedzi na pozostałych kolorach, ponieważ jest to Henna i Cassia.
Zakładałam, że na moich włosach doda więcej miedzianych refleksów, zniweluje nieco czerwone tony, a także ociepli kolor.
Do zafarbowania moich włosów zużyłam dwa opakowania Henny, czyli 200 gram, które pomieszałam po prostu z gorącą wodą. Nie był to wrzątek, ale mocno ciepła woda.
Do swojej mieszanki dodałam łyżkę aceroli, szczyptę kozieradki w proszku i wymieszałam. Okazało się, że wody dodałam nieco za dużo i mieszanka była zbyt rzadka.
W domu miałam jedynie zioła pogłębiające czerwień typu rubia, drzewo sandałowe, hibiskus oraz proszek z łupin orzecha włoskiego.
Czerwone tony miały zostać zgaszone, a nie podbite, więc zdecydowałam się na dodanie łupin orzecha.
Z naszych testów wynika, że orzech zastosowany solo farbuje na rudo, za to w mieszance z henną rudość jest zgaszona i idzie w brąz, ale by tak się stało orzecha musi być co najmniej 50% w mieszance.
Nie obawiałam się zatem, że nagle stanę się brunetką i domieszałam dwie łyżki łusek orzecha. Taka ilość zagęściła miksturę, a jednocześnie nie miała wpływu na przyciemnienie koloru ostatecznego.
Miseczkę odstawiłam w ciepłe miejsce na godzinę. W tym czasie zafarbowałam sobie standardowo odrost farbą chemiczną oraz umyłam włosy szamponem z SLS.
Chwilę przed nakładaniem henny domieszałam do niej 3 łyżki miodu akacjowego.

Wrażenia z aplikacji oraz efekt 


Henna dość ciężko się nakładała. Nie sunęła tak gładko jak wcześniej używane. Z tego powodu nieco mi je zabrakło i nie pokryłam idealnie kosmyków. Na szczęście okazało się to nie mieć większego znaczenia, bo kolor wyszedł równo i pięknie.
Sama mieszanka prawie w ogóle nie spływała mi z głowy i spędzenie z nią 3 godzin było całkiem proste.
Postanowiłam, że farbowanie zakończę po, najwyżej, trzech godzinach. Zależało mi na intensywności koloru, więc krótszy czas byłby niewskazany, ale nie chciałam też, by włosy wyszły ciemne, a wręcz przeciwnie.
Kiedy udało mi się je domyć od razu umyłam je jednokrotnie mydłem cedrowym i nałożyłam balsam Anthyllis, ponieważ nie chciałam, by kolor ściemniał.
Zaraz po wysuszeniu ujrzałam piękny miedziany odcień, którego dawno nie widziałam na mojej głowie. Góra to była jaskrawa marchewka, która mocno odróżniała się od stonowanej reszty. Na szczęście po kolejnych dwóch dniach kolor się wyrównał i teraz praktycznie nie widać różnicy między odcieniami.
Górna część ściemniała, dół na szczęście tylko odrobinę i znów wyszły lekko czerwone tony, ale na pewno mniej czerwone niż były.
Ostatecznie jestem bardzo zadowolona i polecam taką mieszankę każdemu kto chce mocno miedziany odcień bez sztucznego efektu. Łuski orzecha praktycznie nie miały wpływu na kolor. Lekko go przygasiły, rudość mimo, iż jest wyraźna to jest bardziej subtelna, mniej jaskrawa.


Kolor po ponad dwóch tygodniach trzyma się świetnie, a włosy mają ponadprzeciętny blask. Zauważyłyście to nawet Wy na Instagramie, więc coś w tym jest
.


Podoba Wam się kolor? Widzicie różnicę? : )