Popularne posty

Najlepsza maseczka do twarzy EVER - Chic Chiq à la Rose

Najlepsza maseczka do twarzy EVER - Chic Chiq à la Rose
Możecie być pewne, że kiedy na blogu pojawia się wpis o kosmetyku nie dotyczącym tematyki włosowej to będzie to prawdziwy hit.
Niegdyś nie stosowałam regularnie maseczek do twarzy. Około rok temu nastąpił przełom i zmuszałam się do nakładania ich. Zniechęcało mnie to jednak po jakimś czasie i brakowało mi regularności. Nie mogę zaprzeczyć temu, że stosując je systematycznie widziałam całkiem miłe efekty, ale brakowało mi tego "czegoś" zaraz po użyciu
Wszystko się zmieniło, odkąd na mojej toaletce zamieszkało to piękne bambusowe opakowanie.


Dlaczego maska Chic Chiq? Jak je poznałam?


Maseczki marki Chic Chiq zobaczyłam po raz pierwszy na Instagramie. Zainteresowały mnie od razu, ale cena skutecznie mnie zniechęcała.
Dostępne są oczywiście mniejsze i tańsze opakowania, ale jako, że ja zazwyczaj nie robię zakupów przez internet, a jeśli robię to tylko w jednym sklepie KLIK, w którym niestety maseczek nie ma, to nie było mi dane ich spróbować. 
Kiedy więc zbliżały się moje urodziny i mój mąż zapytał co chciałabym dostać przy okazji prezentu, wymieniłam również maseczkę tej firmy. 
Początkowo wybrałam czekoladową Chocolat, jednak kiedy doczytałam, że kilka osób wspominało, iż po jej użyciu odczuwalne jest lekkie ściągnięcie, zrezygnowałam
Stanęło na à la Rose przeznaczonej do skóry suchej o działaniu przeciwzmarszczkowym i odmładzającym. 

Cytując ze strony producenta
"Wszystkie maseczki CHIC CHIQ są produkowane w małych ilościach dla zachowania świeżości i najwyższej jakości. Są pozbawione Parabenów, PEG-ów, oleju mineralnego, nie są testowane na zwierzętach, nie zawierają substancji toksycznych i są  przebadane dermatologicznie zgodnie z regulacjami Unii Europejskiej.
Produkowane są one zgodnie ze sztuką Ajurwedy. 

Jak stosować maskę oraz efekty 


Opakowanie ma 100 ml pojemności. Wydaje się niewiele w porównaniu do ceny, ale jest naprawdę wydajna. Ja swoją stosuję prawie dwa miesiące raz w tygodniu, czasem częściej i mam jeszcze ponad połowę.


Producent zaleca na jedną porcję zużyć 2-3 łyżeczki. Ja daje półtorej łyżeczki i jest to ilość w zupełności wystarczająca. Oczywiście można dodawać więcej, ale skoro efekt po mniejszej ilości jest doskonały to po co? : )
Proszek mieszam tylko z przefiltrowaną wodą - 3, 4 łyżeczki. Już sam suchy pyłek pachnie pięknie, a kiedy aktywujemy go wodą, można oszaleć.
Obawiałam się tego zapachu, ponieważ nie przepadam za różami, za różanym aromatem, ale nie ma się co bać. Ten zapach to zapach nie tylko róż, co całej kwiaciarni, do tego czuję owoce jagodowe, coś soczystego, słodkiego i lekko kwaśnego zarazem. 
Jest przepiękny, wyjątkowo relaksujący. Spędzając czas z tą maską można odpłynąć. 
Zazwyczaj przed jej użyciem wykonuję peeling enzymatyczny fundując sobie całkowite SPA.


Na tak przygotowaną skórę aplikuję maseczkę rozmieszaną z wodą, przetrzymuję ją na buzi ok. 15-20 minut.
Jak widzicie w trakcie lekko zasycha. Nie trzeba jej jednak zraszać w odróżnieniu od glinki.


Kiedy czas upłynie roluję ją dłońmi i łatwo schodzi. Zaschnięte resztki wystarczy zmyć wodą lub nasączonym wacikiem.
I tutaj zaczyna się cała magia - buzia po jej zmyciu jest nie do poznania. Staje się rozjaśniona, promienna, gładka zarówno w dotyku, jak i wizualnie pod względem zmniejszonych porów.
Nie odczuwam żadnego ściągnięcia ani tłustej warstwy, a mimo jej braku skóra jest nawilżona, odżywiona i wygląda dużo zdrowiej.
Zawsze stosuję ją przed jakimś ważniejszym wyjściem, ponieważ gwarantuje mi lepszy wygląd makijażu - gładszą skórę, dłuższy mat. Makijaż lepiej wygląda i dłużej się utrzymuje.
Maseczka daje wspaniały efekt już od pierwszego użycia, a po prawie dwóch miesiącach regularnego stosowania mogę ocenić, że ma zdecydowanie pozytywny wpływ na skórę także długofalowo.
Stała się bardziej wyciszona, gra naczynek krwionośnych jest uspokojona, nie czerwienie się tak bardzo jak wcześniej, do tego skóra nie jest tak podatna na podrażnienia.

Skład: Solum Diatomeae, Algin, Calcium Sulfate, Tetrasodium Pyrophosphate, Trisodium Phosphate, Diatomaceous Earth, Rosa Damascena Flos (Rose Petals), Lamii Albi Flos, Trehalose, Rose Damascena Flower Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Ascorbic Acid.

Chic Chiq la Noce, czyli indyjska maseczka ślubna 


Będą ostatnio na Targach kosmetyków naturalnych skusiłam się na małą saszetkę innej wersji maski. Wybór padł na la Noce, czyli maseczkę ślubną z kurkumą i ciecierzycą.
Tutaj efekt także mnie zadowalał i był bardzo porównywalny do wersji różanej. Z tą różnicą, że różana jednak mocniej nawilża i odżywia.
Maska la Noce będzie idealna do cer mieszanych i tłustych, ponieważ nie przesusza, ale jednak normalizuje skórę i zwęża pory.
Także lekko rozjaśnia i wycisza. Pachnie nagietkiem i ciecierzycą, po rozmieszaniu lekko czuję owocową nutę egzotyczną.
Saszetka kosztuje ok. 18 zł i wystarczyła mi na 4 użycia.
Na pewno zakupię także inne wersję i będę stosować zamiennie, ponieważ to według mnie najlepsze maseczki jakich kiedykolwiek używałam.

Skład la Noce:
Solum Diatomeae Algin, Calcium Sulfate, Tetrasodium Pyrosphate, Trisodium Phosphate, Diatomaceous Earth, Calendula Officinalis Flos, Robiniae Flos, Opuntia Ficus Indica Inula, Trehalose, Hippophae Rhamonides Oil, Ascorbic Acid, Mel (Honey) Extract, Radix Zedoariae, Magniferia India, Cicer Arietinum, Hydrolyzed Milk Protein.


Próbowałyście produktów tej firmy? Może chciałybyście polecić nam swoje ulubione maseczki do twarzy? Czekamy na propozycje! : )M.

Włosowa aktualizacja, Monika

Włosowa aktualizacja, Monika
Ostatnia moja włosowa aktualizacja pisana była na początku marca KLIK
Sama nie wiem kiedy ten czas tak zleciał. Ogromnie się cieszę, że do obecnego wpisu mam przygotowane dla Was tak piękne, letnie zdjęcia.
Początkowo byłam niechętnie nastawiona do pomysłu Oli by wchodzić w środek pola pełnego maków, jednak kiedy patrzę na efekty, jestem jej wdzięczna za torowanie drogi ;*

Trzy miesiące bez farbowania rubią. Czym obecnie farbuję włosy?


Dokładnie w marcu, przypadkiem po farbowaniu, ujrzałam na swoich włosach rudy kolor i tak mi się spodobał, że miało już tak zostać.
Prawie dwa miesiące temu wraz z odświeżeniem koloru naszła mnie ochota na przetestowanie kolejnej mieszanki ziołowej - Rosso Ciliegia (KLIK).
Efektem była intensywna miedź wpadająca lekko w czerwone tony. Jednak nie nazwałabym tego czerwienią. Teraz po 7,8 tygodniach włosy mają taki kolor jak na zdjęciach - nieco się wypłukały i czerwone przebłyski są bardziej widoczne, kolor nieco także ściemniał. W zależności od światła jest bardziej czerwony, rudy lub stonowany kasztanowy.
Mnie podoba się ogromnie i choć dawno nie miałam tak ciemnych włosów czuję się w nich świetnie. Kiedy oglądam zdjęcia sprzed roku, na których moje włosy były na poziomie ciemnego blondu, dopiero zauważam, o ile tonów ściemniały.
Pamiętacie jeszcze tamten kolor? : )

Kolejne farbowanie przewiduję lada dzień w zależności od tego, kiedy będę miała czas. Najpierw oczywiście rozjaśnię odrost farbą chemiczną, a później hmm...
Myślę czy jednak nie rozjaśnić ich trochę rabarbarem (dokładnie TAKIM) by sprawdzić jak Rosso Ciliegia będzie wyglądała na nieco jaśniejszych włosach.
Po Rabarbarze Phitofilos efekty były świetne, włosy błyszczące i nie przesuszone, a przede wszystkim o jakieś dwa tony jaśniejsze KLIK.
Niezależnie od tego co zdecyduję na pewno będziecie mogły zobaczyć to na Instagramie (KLIK) lub Facebooku w pierwszej kolejności, dlatego zachęcamy do obserwowania.



Upięcia i stylizacja bez użycia ciepła najlepszym sposobem na Bad Hair Day



Włosowy kryzys trwa w najlepsze już ponad pół roku. Szybkie nadejście wiosny nieco poprawiło zarówno moje samopoczucie, jak i stan włosów. Dzięki ładniejszej pogodzie nie muszę już opatulać się szalikiem, czapką, zakładać kaptura, co skutkuje mniejszym plątaniem i nieco ułatwia życie. Przez większość czasu włosy noszę związane w koczka ślimaczka, który wygląda niechlujnie, ale robi się go w mniej niż minutę. Jeśli kiedykolwiek gdzieś mnie widziałyście to na pewno w tej fryzurze ;d Rozpuszczone włosy mam tylko zaraz po myciu lub na jakieś wyjścia czy inne okazje. Coraz częściej także związuję świeżo umyte włosy w koczek i rozpuszczam dopiero kiedy wychodzę z domu- wtedy uzyskuje efekt niedbałych, luźnych fal, które nawet jak się rozprostują po jakimś czasie to nie wyglądają tak źle, jak kiedyś myślałam.
Próbuję także przekonać się do częstszego zawijania włosów na noc w koczek na skarpecie KLIK, ponieważ efekt po nim także bardzo mi się podoba i jest nieco trwalszy od mojego ślimaczka.
Zauważyłam także, że nawet jeśli po wyschnięciu moje włosy są sztywne i niemiłe w dotyku to po zawinięciu i rozpuszczeniu niemiłe uczucie zostaje zminimalizowane.
Dlatego także często z tego korzystam. Falowane czy kręcone włosy bez trudu ukrywają pewne niedoskonałości. Na prostych włosach widać każde "ale".

Produkty, których używałam od marca do czerwca


Ciągle testuję nowości, a także wracam do produktów, które kiedyś świetnie mi się sprawdzały by dowiedzieć się czy nadal będą dla mnie Świętym Graalem. 
Wielki 'come back' zaliczył szampon Natura Siberica Bieługa (KLIK) i maska marokańska Planeta Organica (KLIK). Szampon w dalszym ciągu jest moim ulubieńcem - ten lekko męski zapach na upały jak znalazł, nie pląta włosów, są po nim miękkie i oczyszczone. Po jego użyciu czuję orzeźwienie, czystość, a jednocześnie nie przesusza.
Używałam także szamponu EcoLab laminującego (KLIK), z którym nie do końca polubiła się moja skóra głowy - lekko swędziała, kiedy włosy były jeszcze wilgotne. Obecnie testuję wersję do włosów farbowanych i zapowiada się lepiej. 
O masce marokańskiej musiałabym powtórzyć wszystko to co pisałam o niej kilka lat temu, bo tak długo jej nie używałam, a ciągle działa tak samo. 
Włosy po niej za każdym razem są niesamowicie miękkie, gładkie, lśniące, aż chce się dotykać, przeczesywać. Zaraz po odsączeniu z wody mają lekko szorstką strukturę, ale kiedy zaczynają schnąć, robią się mięciutkie i łatwo je rozczesać. 
Podobnie miłe wrażenia towarzyszą mi w dalszym ciągu podczas używania maski Omia (KLIK). W tamtym roku miałam wersję lnianą (KLIK), tym razem wybrałam arganową i był to strzał w dziesiątkę. Cudownie zmiękcza, wygładza i nawilża, a do tego nadaje jeszcze więcej blasku. 
Niemiłym powrotem okazała się maska Anwen 'Kokos i glinka' (KLIK), którą ostatni raz używałam rok temu w sierpniu i była moim wielkim hitem. Tym razem niewypał : (
To tylko potwierdziło, jak bardzo moje włosy się zmieniły na przestrzeni tych kilku miesięcy, odkąd mam z nimi takie problemy. 
Kolejny niewypał to maska Botavikos Weekend Recovering (KLIK) - włosy suche, spuszone i plączące się, a do tego zbyt intensywny kadzidlany zapach, który jak na złość utrzymywał się na włosach.
Podczas ostatniego mycia zdenkowałam maskę Keratynową EcoLab, o której pisałam w ostatnim poście KLIK, Laminującą mam jeszcze na jedno użycie.
Obydwie stosowane zamiennie z innym produktami starczyły mi na około cztery miesiące. 
Odsyłam do ostatniego wpisu, bowiem warto je poznać. Wiem też, że u wielu z Was także się sprawdziły, co bardzo mnie cieszy.
Od dwóch tygodni testuje maskę Fitokosmetik z linii Fitness (KLIK). Pomijając tą nazwę, która nijak ma się do produktów przeznaczonych dla włosów, kosmetyki są godne polecenia. U mnie i Oli działają podobnie, ale ich pełne recenzje jeszcze się pojawią na pewno. 
Produktem, o którym wspominałam już w Marcowej Aktualizacji jest odżywka Ekos z aloesem i masłem shea (KLIK). Jeśli tak jak my, jesteście fankami tych włoskich kosmetyków do włosów, na pewno ta także przypadnie Wam do gustu.
Działa praktycznie tak samo jak odżywka Anthyllis, nawet skład, zapach i konsystencję mają podobną - włosy są leciutkie, miękkie i pięknie się rozczesują. 
W moje ręce wpadły także próbki produktów z Phitofilos, więc powoli zapoznaję się z markę od strony kosmetycznej, a nie ziołowej.

Czym olejuję wybredne włosy i jak je zabezpieczam


Przyznam, że olejowanie bardzo ograniczyłam. Ze względu na brak czasu na jakiś czas w ogóle poszło w zapomnienie. Teraz staram się choć raz w tygodniu nałożyć olej. Zazwyczaj jest to tylko godzina, dwie przed myciem.
Moim wielkim ulubieńcem stał się czysty olej arganowy Bioargania (KLIK). Po tym, jak Arganowy Ecolab wylądował w śmietniku ze względu na datę ważności sięgnęłam po czysty olej arganowy uznając, że jego mniejsza pojemność będzie dla mnie lepsza. 
Moje włosy i skóra od kilku lat już kochają ten olejek. Nieważne czy zastosuję go do twarzy, włosów czy na skórę całego ciała, zawsze jestem zadowolona. 
Stosowany na włosy również pięknie wygładza, nabłyszcza, sprawia, że włosy są miękkie. Już nawet podczas nakładania czuję jakie mięciutkie się stają i to zachęca mnie do dłuższego przeczesywania włosów pokrytych olejem. 
Poza nim sięgałam kilkakrotnie po olej kameliowy (KLIK), który na szczęście dalej działa na mnie świetnie. Uff co ja bym bez niego zrobiła. 
Olejkiem z pestek śliwki (KLIK) zabezpieczam włosy po myciu wymiennie z innymi produktami, takimi jak serum Dr. Sante aloesowe (KLIK), Mythic Oil i nowe serum bezsilikonowe Phitofilos, którego używam od dwóch tygodni i jeśli się sprawdzi będzie u nas w sklepie. 


Zainteresowały Was jakieś produkty, które wymieniłam? 
A może także macie coś do polecenia lub przeciwnie, ku przestrodze?

M.

Porównanie dwóch nowych masek Ecolab - Keratynowej i Laminującej. Charakteryzacja produktów, główne składniki oraz działanie

Porównanie dwóch nowych masek Ecolab - Keratynowej i Laminującej. Charakteryzacja produktów, główne składniki oraz działanie
Tytułowe maski EcoLab są nowością na polskim rynku kosmetycznym. Pojawiły się już kilka tygodni temu w sprzedaży.
Jeśli nas regularnie czytacie to wiecie, że w naszym sklepie nie znajduje się nic, co nie jest naszym zdaniem godne uwagi, a recenzje produktów piszemy zawsze tylko po skończeniu produktu i dobrym zapoznaniu się z nim.
Nie inaczej jest tym razem. Mam nadzieję, że teraz już jasne stało się, dlaczego na ten wpis musiałyście trochę poczekać... ale obiecuję, że było warto.

pielęgnacja włosów
pielęgnacja włosów
rude włosy

Maska Keratynowa - co zawiera i dlaczego warto jej spróbować


Pierwsza w moje ręce wpadła maska Keratynowa o długiej nazwie: Intensywna regeneracja - Kompleks kerapeptydów + witaminy PP, B5, C, E, B6 KLIK
Pierwsze co muszę o niej powiedzieć i co mówię za każdym razem, kiedy gdziekolwiek i komukolwiek o niej wspominam, to zapach.
Dla mnie to najpiękniej pachnąca maska, jaką miałam, a miałam ich dużo. Czasem kiedy wchodzę do łazienki odkręcam słoiczek tylko po to, żeby ją powąchać.
Już kiedyś na blogu w aktualizacji opisałam ten zapach jako lekko perfumowany, bardzo intensywny, mocno egzotyczny i zarazem lekko orientalny. Jest piękny i trwały, co jest ogromnym plusem, ponieważ czuję go za każdym razem, kiedy rozpuszczę włosy.
Warto jej spróbować choćby dla tego zapachu. Pamiętam, że inne maski EcoLab również pachniały bardzo ładnie i intensywnie.
Skład jest PEHowy, zawiera zarówno emolienty, proteiny, jak i dodatek humektantów.
Początek składu to głównie emolienty: Masło cupuacu, Cetearyl Alcohol, Masło shea, Caprylic/Capric Triglyceride, Olej awokado.
Później mamy proteiny: Hydrolizowaną Keratynę
Humektanty: Gliceryna, Betaina
Z dodatków: Witamina B3, Pantotenian wapnia, Witamina C, Witamina E, Chlorowodorek pirodyksyny, czyli witamina B6, Krzem.


Ze względu na zawartość Keratyny maskę stosuję jako kurację proteinową średnio raz w tygodniu. Skład jak widzicie jest bogaty także w inne substancje, więc nie powinna przeproteinować włosów nawet stosowana częściej, jednak właścicielki włosów antyproteinowych zrozumieją o czym mówię. Stosując w ciągu tygodnia inne produkty również z dodatkiem protein np. Maska KLIK i Balsam Ekos KLIK produkt EcoLab wystarcza raz na kilka myć.
Jeśli używałabym do codziennej pielęgnacji głownie emolientów, maskę stosowałabym częściej, by uniknąć przeciążenia i braku witalności, o czym pisałam TUTAJ

Już podczas aplikacji cudownie zmiękcza włosy. Kiedy spłukuje ją po 2,3 minutach są aksamitnie gładkie i można bez problemu przeczesać je palcami.
Rozczesywanie po odsączeniu wody także przebiega bezproblemowo, szczotka sama sunie po włosach. W ostatnich miesiącach mam spore problemy z plątaniem, więc doceniam to podwójnie.
Po wysuszeniu włosy są maksymalnie wygładzone, aż po same końce, ale puszyste zarazem. Czuć objętościowo, że jest ich więcej i nie są przyklapnięte. Ważna wiadomość dla falowanych i kręconych włosów: wpływa pozytywnie na skręt, utrwala loki i fale zrobione przez koczek na moich prostych włosach.
Dodatkowo dodaje nieco blasku.

Maska Laminująca - co zawiera , jak działa i czym różni się od Keratynowej


Maska Laminująca KLIK trafiła do mnie, jako druga. Dorwałam ją, kiedy byłam już w połowie Keratynowej, a muszę przyznać, że obydwie są bardzo wydajne dzięki swoim gęstym konsystencjom.
Zapach tej wersji także jest przyjemny dla nosa - ponownie owocowy, egzotyczny, ale mniej słodki i nie aż tak złożony.
Konsystencja minimalnie rzadsza niż poprzednika, ale ciągle maślana, łatwo się rozprowadzająca i nie spływająca.
Jej pełna nazwa brzmi: Laminująca maska do włosów - ultra odżywienie i wzrost - olej jojoba, kompleks ceramidów, kompleks kwasów owocowych KLIK

Wersja Laminująca to maska bez zawartości protein. Zawiera bogactwo naturalnych olejów i substancji nawilżających.
Między innymi:
Olej jojoba, Cetearyl Alcohol, Caprylic/Capric Triglyceride, Olej awokado, Masło shea.
Z humektantów: Inulina, Betaina, Kwas mlekowy, Ekstrakt z trzciny cukrowej
Ponadto kompleks kwasów owocowych.

Wersję Laminującą traktuję, jako codzienną odżywkę, ponieważ nie zawiera protein i mogę ją stosować częściej.
Prawdę mówiąc jest niewielka różnica w działaniu obydwu masek na moich włosach. Jest więcej podobieństw niż różnic.
Produkt także zmiękcza i wygładza włosy już pod prysznicem, a także ułatwia rozczesywanie zarówno na mokro, jak i na sucho. Kosmyki mniej się plączą w ciągu dnia. Są też zdecydowanie bardziej miękkie i gładkie.
Dzięki zawartości kwasów owocowych kosmetyk pełni funkcje zakwaszającą, co oznacza w praktyce gładkie i lśniące włosy. I tak rzeczywiście jest - blask jest zwiększony, odbijają światło jak szalone, ponieważ łuski są domknięte.
I to główna różnica - ta wersja mocniej nabłyszcza.


Dlaczego maski EcoLab to dobra inwestycja i warto stosować je zamiennie


Podsumowując: Maski świetnie się uzupełniają dostarczając włosom wszystkiego co jest im niezbędne.
Razem mogą stanowić podstawę pielęgnacji i w duecie z szamponem zadbać odpowiednio o nasze włosy przy okazji troszcząc się o nasze zmysły (TE ZAPACHY!) i kieszeń, ponieważ są wydajne i wystarczą na długo.

rude włosy

M.

Moje aktualne farbowanie włosów, Ola

Moje aktualne farbowanie włosów, Ola

Dlaczego akurat drzewo kempeszowe?


Hm, pisząc w tytule posta 'aktualne' chyba na wstępie 'wkopałam się', że będzie to farbowanie, które zagości w mojej 'pielęgnacji' włosów na dłuższy czas (oraz trwa już jakąś 'chwilę'). Farbowanie drzewem kempeszowym jest kłopotliwe tylko pod względem sprzątania po farbowaniu za sprawą naprawdę silnego barwnika - wszystkie inne zioła do farbowania przy nim to naprawdę bułka z masłem.
Pamiętacie, że długo pozostawałam wierna indygo (KLIK) - dalej kocham niebieską czerń, ale zniechęca mnie brak możliwości rozjaśnienia włosów, ponieważ obawiam się, że z czasem w czerni nie będzie mi jakoś szczególnie dobrze. Idealnym rozwiązaniem dla mnie było farbowanie katamem (KLIK). Dawał u mnie czerń, która pod koniec miesiąca intensywnego olejowania i mycia wypłukiwała się do ciemnego brązu (by uzyskać taki trwały kolor hennę mocno zakwaszałam sokiem z cytryny, zaś katam nakładałam z dodatkiem sody), ale niestety... mogłabym się pomylić gdybym ktoś podstawił mi pod nos katam oraz indygo, ponieważ jak dla mnie obydwa pachną równie mało zachęcająco i powodują u mnie takie same negatywne odruchy (nieciekawe odczucia somatyczne). Co prawda one również bardzo barwiły łazienkę (ściślej rzecz ujmując wannę i ręczniki), ale nie było to jednak aż tak kłopotliwe i do 'ogarnięcia'.
Indygo zawsze udawało mi się nałożyć jedynie z pomocą wody, katam trzeba już było mieszać z glutkiem a drzewo kempeszowe... ono rządzi się swoimi prawami : )
Na drzewko czaiłam się w momencie kiedy na włoskiej grupie o hennie zobaczyłam jaki piękny kolor uwalnia po dodaniu do niego sody oczyszczonej. Z tego miejsca polecam Wam serdecznie facebookową grupę https://www.facebook.com/groups/660982353951509/
oraz ciekawy wpis z ich bloga https://passione-henne.com/campeggio/
Drzewo wygrało dlatego, że daje mi odcień niemalże czarny z fioletowymi refleksami a jak wiecie miałam w zamyśle zmienić niebieską czerń na fioletową - cały czas dopracowuję ten proces, choć myśl o sprzątaniu jest straszna. Jednak chyba zdaje się być mniej straszna niż samopoczucie po użyciu indygo. To dla mnie ważne, że po zmyciu drzewa czuję się świetnie.

Jak wyglądało moje ostatnie farbowanie drzewem?

Mam za sobą 3 koloryzacje drzewem i ostatnie farbowanie wyszło mi najlepiej ze wszystkich. Najbardziej sknociłam drugie, kiedy przez miesiąc chodziłam z mocno rudym czubkiem - drzewko trzymane było za krótko i pomieszałam je dodatkowo z rubią. Pod koniec miesiąca sama wyglądałam jakbym potrzebowała metamorfozy włosowej ;d
Nie było jednak łatwo uzyskać taki kolor jaki mam obecnie na głowie i musiałam powtórzyć na drugi dzień farbowanie włosów u nasady. Dlaczego? Być może wydobyłam z kory drzewa za mało barwnika, może nie służy mu dodatek glutka bądź kozieradki... Próbuję metodą prób i błędów jak zrobić tak by było dobrze, także na razie eksperymentuję.
Drzewkiem kempeszowym farbuję włosy oczywiście dwuetapowo - na włoskiej stronie polecają stosować jako dodatek do henny, który zmodyfikuje jej kolor, ja farbuję jednak dwuetapowo tak samo jak robiłyśmy to z włosami Moniki oraz rubią. Na włoskim forum z tego co czytałam (choć mogę się mylić) drzewa nie podgrzewają. Ja jednak podgrzewam, ponieważ zauważyłam, że wtedy mocniej ciemnie i lepiej 'chwyta'.
Popieram również fakt o który został wspomniany na podlinkowanym blogu - drzewo na sodzie jest jakby nieco niestabilne i lubi wracać do swojego rdzawego koloru. Nie zauważyłam jednak wpływu na farbowanie, włosów nie mam w cętki, więc jest okay. Chciałabym sprawdzić drzewo z dodatkiem ałunu. Na blogu twierdzą, że taka mieszanka jest bardziej stabilna, bardziej trwała i rdzawy kolor się już nie 'wytrąca'... i kolor również mi się podoba - zajrzycie koniecznie w zdjęcia https://passione-henne.com/campeggio/

1. W wieczór przed farbowaniem rozrobiłam hennę na soku z cytryny (jakieś 8 łyżek na 150 gram czerwonej Sattvy (KLIK). Bardzo chciałam zamienić ją na zimną hennę Le Erbe di Janas (KLIK), ale schodzi tak szybko z naszego sklepu, że nie chciałam jej zabierać dla siebie ;d

Zdjęcia powyżej to henna zaraz po wymieszaniu (zdjęcie pierwsze) oraz henna po nocy (zdjęcie drugie).

Henna 'dojrzewała' sobie przez noc. Rano, przed nałożeniem henny, oczyściłam włosy mydłem Fratti KLIK (które jak pamiętacie kompletnie nie pasowało moim włosom, teraz rozczesują się po nim świetnie - jak ma żyć włosomaniaczka?;d) dwukrotnie. Zawsze trzymam hennę na włosach 4 godziny - mogłabym dłużej gdyby nie dwuetapowe farbowanie i fakt, że drzewko potrzebuje czasu.
2. Dzień przed przygotowałam sobie również 'napar' z kory drzewa kempeszowego. Dlaczego nie farbuję jedynie proszkiem od Phitofilos KLIK? Ponieważ uważam, że kolor po ich sproszkowanej korze nie jest na tyle fioletowy na ile bym chciała, zaś wywar z samej kory jest naprawdę MOCNO fioletowy. Tak więc około 40 gram kory zalałam letnią wodą (co już wtedy było BŁĘDEM) i dodałam łyżkę sody oczyszczonej. Woda ciemniała bardzo powoli i dopiero w chwili podgrzewania dostała w tym względzie 'kopa' jednak nie była tak ciemna jak ta, której użyłam dzień później, ale o tym za chwilę!


3
. Po spłukaniu henny samą wodą i wysuszeniu włosów przystąpiłam do nakładania mieszanki drzewa kempeszowego (200 gram, ponieważ jest strasznie ciężkie w nakładaniu). W głównej mierze zostało one zalane wywarem, ugotowałam bardzo gęstego gluta dla konsystencji (jego gęstość bardzo pomogła na konsystencję) oraz do mieszanki dodałam 2 łyżki kozieradki uprzednio zaparzonej. Mieszankę podgrzewałam, dodałam do niej jeszcze łyżeczkę sody. Podgrzewałam ją do momentu aż mocno ściemnieje.


Trzymałam całość na włosach 4 godziny. Zastanawiam się czy jest sens nakładać na włosy na długości czy raczej postawić na 100 gram, które starczy na włosy do ramion, hm.
Tutaj włosy PRZED farbowaniem (celowo pokazuję jedynie górę włosów, ponieważ jak możecie się domyśleć na długości indygowanej mało co widać ;d):


Tutaj włosy po farbowaniu czystą henną Sattva:


Oraz efekty po pierwszym farbowaniu drzewem na wywarze z kory, glutku, kozieradce i sodzie:


Góra wyszła jak dla mnie nieco za jasna i postanowiłam zalać wrzątkiem (to była ta różnica, która pozwoliła wydobyć bardziej ciemny, niemalże czarny napar) 40 gram drzewa i do tego wrzątku dodałam łyżkę sody oczyszczonej - buzowało intensywnie i bardzo ładnie ściemniało. Dodałam go do 100 gram sproszkowanego drzewa kempeszowego i nie obyło się tym razem bez dodatków. Podgrzewałam aż mieszanka mocno ściemniała.

Jak widzicie tym razem góra ładnie ściemniała:

Po 2 myciach:


Następnym razem chyba spróbuję z tym ałunem, czy ktoś ma jakieś doświadczenia? : ) PS. Te plamy na czole to niestety ciężkie do zmycia pozostałości po farbowaniu ;D