Popularne posty

Włosowa metamorfoza Sary

Włosowa metamorfoza Sary
Pierwsza włosowa metamorfoza w Nowym Roku i od razu tak wielkie zadowolenie. Kiedy Sara do nas napisała wydawało się, że nie będziemy miały zbyt dużo roboty, ponieważ patrząc na zdjęcia włosy wydawały się całkiem zdrowe. Z opisu jednak wynikało, że wcale nie są tak bezproblemowe, jak się wydaje.


Co Sara napisała o swoich włosach i jakie miała oczekiwania względem naszego spotkania



"Moje włosy są średniej gęstości, raczej długie i niestety wycieniowane co im niezbyt pomogło ( miały być dzięki temu bardziej odbite od głowy).
Kiedyś się kręciły, ale teraz chyba przez długość tego nie robią, choć właściwie nawet te przy twarzy też nie mają ochoty na kręcenie. 
Są farbowane farbami u fryzjera od około 10 lat. Zawsze myślałam, że są w nie najgorszej kondycji ale odkąd zaczęłam wnikać w temat stwierdziłam, że bez sensu tak trwać skoro może uda się z nich wycisnąć coś więcej. 
Generalnie traktowane były źle - czesałam na mokro, używałam samych szamponów i odżywek, które były na promocji. Czyli po prostu do mycia ( raz na 3 dni) szampon lany na głowę, potem odżywkę na chwilę, spłukałam i czesałam, a potem spałam z mokrymi zazwyczaj lub suszyłam gorącym nawiewem cały czas je czesząc. 
Kiedyś były rozjaśnianie. Teraz tylko farbowane 1 raz na 2 miesiące. Prócz tego doświadczały prostownicy i lokówki raz na jakiś czas."


Włosy Sary naturalnie są leciutko falowane, co widziałyśmy już na zdjęciach, które nam przesłała wcześniej. Kiedyś tworzyły mocniejsze fale, jednak obecnie mają problem by dłużej trzymać nawet skręt nadany im za pomocą naturalnych metod.


Nasza Bohaterka także woli siebie w prostych włosach, dlatego postawiłyśmy sobie za cel maksymalnie je wygładzić i nadać objętości, by pokazać je w dwóch odsłonach: prostej i falowanej za pomocą stylizacji naturalnymi metodami.
 
Jak zobaczycie dalej, pierwsza i ostatnia wersja to włosy proste, ponieważ nasza Bohaterka była tak zachwycona, że nie chciała już żadnych zmian ;d


Olejowanie + domowa maseczka PEHowa


Na początek olejowanie i tutaj postawiłyśmy na mieszankę dwóch olejów. Jeden to nasz stary przyjaciel, drugi to jego nowszy zamiennik. Razem stworzyły duet doskonały. Pewnie już wiecie o czym mowa ; ) Oczywiście o oleju kameliowym (KLIK) i oleju marula (KLIK).


Około 3 łyżki oleju kameliowego zostało "wczesane" w całe włosy od wysokości ucha w dół. Na dolne partie włosów dołożyłyśmy olej marula. "Wczesywanie" trwało około pół godziny. 
Krokiem drugim była domowa maseczka DIY, której skład jest PEHowy, ponieważ zawiera zarówno proteiny, emolienty, jak i humektanty.


W jej skład weszła spora ilość oliwy z oliwek dobrej jakości tłoczonej na zimno (około 1/3 szklanki), kopiasta (i to bardzo!) łyżka miodu i jedno żółtko jajka. Wszystko zostało dokładnie wymieszane na gładką masę i nałożone na włosy. Skupiamy się głównie na włosach od ucha w dół, włosy moczymy chwilę w miseczce z miksturą, po czym wcieramy dokładnie w pasma i zawijamy w folię spożywczą, by zabezpieczyć przez spływaniem, a przy okazji zapewnić ciepło.
Z oczywistych powodów nie podgrzewamy takiej mieszanki suszarką, ponieważ mogłaby się zrobić jajecznica (Monika potwierdza na własnej głowie xD).
Maskę trzymamy na włosach około 30 minut, po czym myjemy włosy.


Mycie i odżywianie: trio produktów marki Ekos



Dziś wybrałyśmy szampon Ekos z krwawnikiem (KLIK), którego sama używałam kilka miesięcy temu.
Szampon zawiera w składzie Ammonium Lauryl Sulfate, więc nie należy do kategorii najdelikatniejszych szamponów.
Jest on jednak w towarzystwie substancji, które łagodzą jego działanie np. Sodium Lauroyl Sarcosinate oraz innych łagodnych detergentów. Ponadto zawiera składniki nawilżające takie jak gliceryna, kwas mlekowy i panthenol. 
Włosy zostały umyte dwukrotnie. Po samym szamponie były dość szorstkie, jednak to dość typowe zjawisko po żółtku, więc nie przeraziło nas to
Zresztą kolejny produkt, który wybrałyśmy zawsze niesamowicie zmiękcza włosy i ułatwia rozczesywanie. 
Maskę Ekos (KLIK) pomieszałyśmy z olejem dla wzbogacenia działania. Proporcja to mniej więcej 3 łyżki maski na łyżeczkę oleju kameliowego (KLIK). Pamiętajcie by dobrze wymieszać olej z maską, bo inaczej możecie skończyć z jednym tłustym strąkiem gdzieś na połowie włosów.


Maska była trzymana na włosach koło 20 minut i przez większość tego czasu podgrzewana suszarką kapturową. 
Po zmyciu letnią wodą i odsączeniu włosów przystąpiłyśmy do rozczesania. Poszło jak po maśle i włosy rozczesały się bardzo szybko. Kolejnym krokiem było nałożenie niewielkiej ilości odżywki bez spłukiwania.
Idealnie nadaje się do tego balsam Ekos (KLIK), ponieważ ma naturalny skład, jest lekki, nie obciąża włosów. Na odżywkę nałożyłyśmy olej kameliowy dobrze roztarty w dłoniach, by zabezpieczyć i wygładzić włosy.
'Kropką nad i' było podcięcie końcówek włosów. Sara chciała pozbyć się cieniowania w dolnych partiach, które przerzedzały jej fryzurę. Końce były także przesuszone i zniszczone, więc teraz są już w 100 % zdrowe :) Pod nożyczki poszło równe 7 cm.
Suszenie chłodnym nawiewem trwało dość długo, ale było warto, ponieważ już w trakcie zauważyłyśmy jak pięknie zaczyna wyglądać fryzura. Efekt zadowolił Sarę do tego stopnia, że poprzestałyśmy na prostych włosach. Kto nie chciałby zachować takiej lśniącej tafli ; )  

Efekty metamorfozy. Co o przemianie sądzi nasza bohaterka? 


Z różnicy na pierwszy rzut oka można wymienić kolor, który bardzo się zmienił. Zyskał zupełnie nową odsłonę: lekko mahoniową, z milionem refleksów mieniących się na czekoladowo, złoto i fioletowo-wiśniowo. Końcówki pięknie podwinęły się do środka, co uwielbiamy ;D
Nasze założenie by włosy jak najmocniej wygładzić, ale zachować objętość także zostało spełnione w 100%.
Połysk, gładkość i miękkość były zdumiewające, a do tego włosy nie były płaskie

Myślę, że najlepiej podsumuje to wiadomość, którą dostałyśmy od Sary kilka godzin po naszym spotkaniu:
"Włosy są mega mięciutkie, nigdy takich nie miałam i nie przesadzam. Teraz rozumiem co macie na myśli, jak mówicie że włosy są "dociążone". Zawsze myślałam, że to chodzi o tą ilość oleju na włosach, która powoduje, że mogą wydawać się nieświeże, ale to mi się totalnie nie zgadzało. Sama nie umiałam tego osiągnąć ani nawet sobie wyobrazić o co chodzi. Wy to zrobiłyście. Są DOCIĄŻONE, ale nie posklejane tylko puszyste zarazem. Mam wrażenie jakby było ich więcej :) cały czas łażę i ich dotykam ;) będę próbować, żeby umieć osiągnąć ten cudowny stan :) nie strączkuja się, a mąż myślał, że je pofarbowałyście, bo myślał, że to inny kolor :) prezentują się cudownie - jestem zachwycona :) zaraz zrobię zamówienie zresztą na niektóre rzeczy od was. No i będę walczyć z henną. Jesteście dziewczyny profesjonalne i magiczne ! Dziękuję ❤️"



Jak Wam się podoba taka pielęgnacja? Będzie dla Was pomocna? : )

Gdybyście chciały wpaść w nasze ręce to zapraszamy do zakupu Włosowej metamorfozy:
https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Usluga-fryzjerska-/287
bądź Szkolenia On Line
https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Szkolenie-indywidualne-on-line/383

M
.

Włosowe HITY i okrycia roku 2018

Włosowe HITY i okrycia roku 2018
Końcówka roku sprzyja podsumowaniom, dlatego dziś czas na post z ulubieńcami roku 2018. Przejrzałam posty z tego roku, przypomniałam sobie jakich kosmetyków używałyśmy najczęściej, więc pora na wyróżnienia!




Kategoria Najlepszy szampon



Tutaj miałam problem czy wybrać Anthyllis do włosów tłustych (KLIK) czy przeciwłupieżowy (KLIK), a może jeszcze coś innego. Obydwie te wersje zrobiły wiele dobrego głównie dla mojej skóry głowy. Ratowały mnie, kiedy swędziała, łuszczyła się lub kiedy chciałam, by dłużej pozostawała świeża.
Gdyby jednak kierować się ilością zużytych opakowań to wygrywa szampon EcoLab do włosów farbowanych z amlą (KLIK).


O tym kosmetyku nie powstał nigdy osobny wpis, a powinien, ponieważ zdecydowanie jest tego wart
.
Szamponu zużyłam 3 lub 4 butelki. Od kilku dni ponownie go używam po wykończeniu mydła cedrowego.

Co sprawia, że do niego wracam?

- przepiękny i trwały orientalny zapach, który czuć na włosach nawet po wysuszeniu i pomimo użycia odżywki
- pieni się znakomicie i już niewielka ilość myje dokładnie włosy
- za jego pomocą mogę domyć z włosów bez problemu oleje i inne mikstury
- włosy po nim są mięciutkie i miłe w dotyku nawet bez odżywki
- w ogóle nie plącze kosmyków, a wręcz ułatwia rozczesywanie

Jedyny minus to dość rzadka konsystencja, ale pomimo tego szampon cudownie się pieni i wydajność jest dobra.
Kolejną wadą jest to, że może lekko obciążać włosy jeśli potem nałożę ciężką maskę.


Kategoria Olej 



Przez większą część roku stosowałam sprawdzony olej kameliowy (KLIK) i olej arganowy (KLIK), czyli dwa moje ulubione od kilku lat.
W połowie roku zaczęłam testować Miodowanie od NaturalMe (KLIK), z którego byłam bardzo zadowolona. Włosy były po nim bardzo ładne, błyszczące i dociążone, ale szukałam dalej.
Tak właśnie przypomniałam sobie o oleju marula (KLIK) i to okazał się włosowy HIT tego roku bez wątpienia.
Szczerze muszę przyznać, że mało który olej stosowany przeze mnie w ciągu kilku lat zadziałał aż tak wyraźnie i to od razu po pierwszym stosowaniu.
Jest to olej dość drogi, ale wart swojej ceny. Jego działanie jest jedyne w swoim rodzaju: wyciąga z włosów wszystko to co najlepsze: nabłyszcza najbardziej ze znanych mi olejów, niweluje odstające włoski na długości tworząc gładką taflę.
Olejek ten ma wiele wspólnego z olejem kameliowym (KLIK), z tym, że marula u mnie dodatkowo nadaje takiej lekkości, zwiewności, co bardzo lubię, ponieważ włosy nie są wtedy przyklapnięte mimo, że są maksymalnie wygładzone aż po same końcówki.
Stosuję go solo lub w miksie z olejem z nasion chia i z kondycji włosów jestem bardzo zadowolona.
A skoro już jesteśmy przy oleju z nasion chia (KLIK) to jemu także należy się wyróżnienie. W kategorii zabezpieczanie końcówek nie ma sobie równych - to najlżejszy olej jaki kiedykolwiek stosowałam na włosy po myciu właśnie w celu zabezpieczenia, wygładzenia.
Czasem olejuje nim z powodzeniem włosy - także dociąża, wygładza, a do tego bardzo łatwo się zmywa.

Kategoria Maski i odżywki


Tutaj muszę nagrodzić więcej niż jeden produkt. Na początku roku ogromnie zaskoczył nas balsam Anthyllis (KLIK), który, poniekąd, zastąpił uwielbianą w 2017 roku maskę Ekos (KLIK). Po prawdzie działają one prawie tak samo i ciężko znaleźć różnicę, choć to dwa inne produkty.


Ekos także dalej używamy czy to w formie maski czy balsamu, ale do Anthyllisa wracamy na okrągło. Wszystkie te maski, jak wspomniałam działają podobnie. Przede wszystkim ułatwiają rozczesywanie włosów, za co najbardziej je lubię. Są ultra leciutkie i nie obciążają, a wręcz nadają objętości i lekkości.
Nadają się idealnie jako codzienne, szybkie odżywki, ponieważ robią wszystko by włosy wyglądały jak najzdrowiej, a jednocześnie nie wymagają długiego czasu trzymania. Dzięki zrównoważonemu składowi PEH nie ma obaw, że przekarmimy swoje włosy.
Często używamy Ekos i Anthyllis podczas metamorfoz, jako drugą maskę w metodzie multimasking, jeśli włosy mają dużą tendencję do plątania, a są mocno zniszczone lub solo, kiedy są to włosy w lepszej kondycji, ale ciężkie do rozczesania i bez życia, bez objętości.
Kolejną maską, którą muszę wyróżnić jest maska keratynowa EcoLab (KLIK). Przede wszystkim za zapach! Ach, jak ona pięknie pachnie tropikalnymi owocami z nutą orientu i kobiecych perfum. Muszę ją mieć w łazience choćby dla tego aromatu.
Oczywiście kupiły mnie nie tylko walory zapachowe, ale również działanie. Nie działa u mnie jak typowa maska proteinowa (na szczęście). Moje włosy czerpią z niej same korzyści płynące z protein bez jakichkolwiek minusów, które mnie spotykają po innych maskach keratynowych, takich jak problemy z rozczesywaniem, sztywność, brak blasku.


Wszystko dzięki umiejętnie skomponowanemu składowi, który zawiera zarówno emolienty, humektanty, jak i dodatki proteinowe. 
Niesamowicie zmiękczała włosy ułatwiając rozczesywanie, a jednocześnie dodawała struktury, pożądanej mięsistości, podbija skręt.

Kategoria Wcierki


Ostatnia już kategoria to wcierki. W tym roku nie testowałam ich wiele. Prawdziwy powrót do wcierania miałam dopiero na jesieni, kiedy to moje włosy przechodziły mocny kryzys: wypadanie + problemy ze skórą.
Z pomocą przyszedł mi wtedy olej do skóry głowy NaturalMe (KLIK), który wspominam bardzo dobrze. Choć nie zahamował wypadania to pomógł nieco je ograniczyć, a do tego spowodował wysyp baby hair, których na mojej głowie pojawiło się bardzo dużo. Polecam spróbować, jeśli szukacie czegoś nowego na porost, ponieważ stosując go włosy także szybko mi rosły.
Odkryciem, które zakończyło walkę z wypadaniem było serum Bionigree (do kupienia TUTAJ). Choć kuracja nim nie należy do najtańszych to wiem, że warto.


Odsyłam Was do całego wpisu na temat tego produktu KLIK
Powiem tylko, że komfort stosowania jest bardzo wysoki, produkt średnio wydajny, ale bardzo skuteczny. Po miesiącu moje wypadanie unormowało się i co najlepsze, mimo, że nie stosuję produktu od około dwóch miesięcy włosy dalej nie wypadają, a do tego ciągle rosną jak szalone nowe włoski. Porost także dalej jest przyśpieszony.


To już wszystkie moje włosowe hity roku 2018.
Dajcie znać, jakie są Wasze ; )

M.

Najlepszy naturalny balsam do ciała - Clochee

Najlepszy naturalny balsam do ciała - Clochee
 Jakiś czas temu zapytałam się Was na Instagramie o Wasze ulubione balsamy do ciała. Wtedy akurat kończyłam opakowanie balsamu Resibo (dokładnie TEGO KLIK) i poszukiwałam czegoś nowego.
Wiele propozycji niestety nie podobało mi się pod względem składu czy polityki marki. Jednak znalazło się kilka perełek i wśród nich kilka z Was polecało mi balsamy marki Clochee (KLIK).
Resztę rekomendacji zapisałam sobie na później i na pewno skorzystam przy okazji. Z tego miejsca bardzo dziękuję za odzew : )



Przepiękne zapachy na jesień-zimę - Korzenny i Czekolada z Kumkwatem



Balsamy w regularnej cenie są dość drogie, ponieważ na stronie producenta kosztują 62 zł. Warto polować na okazję i przecenę. Mi udało się kupić zestaw: balsam 250 ml + balsam 100 ml w cenie około 60 zł już z przesyłką.
To ciągle niemało, ale patrząc na skład, politykę marki i fakt, że jest to polski produkt, warto. Kiedy poznacie inne atuty tego produktu być może także się przekonacie.
Produkty są zapakowane w plastikowe opakowania, które są wykonane z biodegradowalnego materiału i ulegają recyklingowi. Balsam o pojemności 250 ml posiada także pompkę, której nie ma mniejsza wersja.
Pompka to ogromny atut - bardzo ułatwia aplikację. Z mniejszego balsamu dość ciężko wydobyć produkt do końca. Ja po prostu rozcięłam opakowanie w połowie.
Konsystencja i działanie obydwu balsamów są identyczne. Różnią się one tylko zapachem.


Posiadam wersję "Korzenną" (KLIK) w miniaturce i "Czekolada i kumkwat" w pełnej wersji. Typowe jesienno-zimowe zapachy idealne na tą porę roku. Ja, jako fanka takich aromatów czuję się wręcz rozpieszczona, ponieważ zapachy są przepiękne, bardzo naturalne, idealnie oddają rzeczywistą woń. "Korzenny" pachnie niczym świąteczne pierniczki. To zapach korzennej kawy, przyprawy do piernika, cynamonu, imbiru, anyżu, gałki muszkatołowej. Jest nieco słodki, ale mocno przyprawiony, aż kręci w nosie. To zapach tylko dla fanów takich aromatów, ponieważ na pewno nie jest uniwersalny.
"Czekolada i kumkwat" na pewno spodoba się fanom słodkości. Jest to zapach bardziej uniwersalny, mniej drażniący. Mi przypomina ciastka Delicję z galaretką pomarańczową.


Obydwa zapachy są bardzo intensywne, długo utrzymują się na skórze, na pewno około 12 h.


Wspaniałe właściwości pielęgnacyjne przy zachowaniu wyjątkowo lekkiej konsystencji



Ja zainteresowałam się tymi produktami w momencie, kiedy walczyłam pod okiem dermatologa z mocnym świądem, wysypką, zaostrzeniem AZS.
Potrzebowałam czegoś naprawdę lekkiego do stosowania na dzień. W trakcie leczenia musiałam kremować skórę 2, 3 razy na dobę, a tłuste formuły, które sprawdzały się na noc, nie nadawały się do używania na dzień.
Składy produktów aptecznych nie przemawiały do mnie, więc zaryzykowałam z Clochee (KLIK).
Pierwsze co mogę powiedzieć to to, że balsamy są bardzo wydajne. Ich konsystencja jest lekka, dość gęsta, ale nie zbita, dzięki czemu rozprowadza się z łatwością i wystarczy niewielka ilość do posmarowania całego ciała.
Kosmetyk wchłania się ekspresowo. Wystarczy 2, 3 minuty i praktycznie nie czuć go na skórze. Zostawia jedynie delikatny aksamitny film, który nie przeszkadza w ubraniu się. To było właśnie to czego potrzebowałam rano - szybko się posmarować i móc się ubrać bez obaw o tłustą konsystencję. Do tego zapach towarzyszył mi cały dzień.
Mimo tak leciutkiej konsystencji byłam bardzo zadowolona z działania: koił i nawilżał moją przesuszoną skórę, dawał ulgę i łagodził swędzenie. Uczucie komfortu utrzymywało się do wieczora. Teraz kiedy moja skóra jest w lepszej formie używam go co 2, 3 dzień i to mi wystarcza.
Tylko czasem nakładam coś tłustszego na noc, a skóra nigdy nie była w lepszej formie.
Zdecydowanie czuć wysoką jakość produktu, cena jest jak dla mnie całkowicie zrozumiana i usprawiedliwiona.
Jeśli nie lubicie tłustych konsystencji, ale chcecie zadbać jak najlepiej o swoją skórę to polecam spróbować,  a na pewno się nie zawiedziecie.
Ja wpisuję je na listę kosmetycznych Hitów.

Na pewno te dwa balsamy to nie ostatnie produkty tej marki. Na wiosnę skuszę się prawdopodobnie na wersję "Dzika róża" lub migdałowo-kwiatową.
Tym czasem misja poszukiwania podobnych, tak idealnych balsamów dalej w toku.
Jeśli możecie mi polecić coś podobnego to piszcie.

M.

Czy pianka Alkemie, Foa-m my God jest warta swojej ceny i czy znalazłam jej tańszy zamiennik

Czy pianka Alkemie, Foa-m my God jest warta swojej ceny i czy znalazłam jej tańszy zamiennik
Rzadko kiedy wydaje większe kwoty na produkty do oczyszczania. Niegdyś myślałam, że produkty myjące mają tylko i wyłącznie myć.
Okazało się jednak, że zwracając uwagę na składy szamponów czy żelów pod prysznic dostrzegłam różnicę w kondycji włosów i skóry. Teraz nie wyobrażam sobie już używać byle czego.


O piance Alkemie czytałam same zachwyty i nie mogłam się nadziwić, dlaczego coś czym w teorii tylko myje się twarz kosztuje tak dużo. Postanowiłam to sprawdzić.
Jeśli jesteście ciekawe czy było warto wydać na nią prawie 100 zł, zapraszam dalej : )

Foa-m my God - ekstremalnie łagodna pianka do twarzy - czy jest warta swojej ceny?



Kiedy tylko otrzymałam swoje zamówienie ze sklepu Alkemie nie mogłam się doczekać, by je rozpakować i użyć.
Samo opakowanie kosmetyku jest piękne, wygląda luksusowo. Kartonik zawiera wszystkie niezbędne informacje, wykonany jest z bardzo miłego w dotyku papieru. Sama pianka znajduje się w plastikowym pojemniczku z pompką.


Kosmetyku używałam dwa razy dziennie - rano i wieczorem. Przy takiej częstotliwości stosowania wystarczyła mi na zaskakująco długo. Obawiałam się, że produkt nie będzie zbyt wydajny. Miałam wcześniej pianki innych firm i kończyły się dość szybko.
Pianka Alkemie wystarczyła mi na około 2,5 miesiąca. Na pewno zatem wydajność idzie w parze z ceną.
To co wyróżnia ten produkt na tle innych pianek do mycia twarzy to niesamowicie bogata konsystencja. Pianka jest leciutka jak chmurka, a jednocześnie bardzo bogata, napakowana substancjami aktywnymi, co sprawia, że ta lekka piankowa konsystencja staje się jakby kremowa i gęsta. Na oczyszczenie twarzy wystarczy jedna pompka, co przekłada się na tą wspaniałą wydajność.
Sama aplikacja to wielka przyjemność, również dzięki delikatnemu zapachowi. Czuć jak miękka konsystencja otula skórę, działa niczym aksamitny krem. Nie czuć żadnego ściągnięcia, nic nieprzyjemnego. Co warto podkreślić, nie szczypie w oczy nawet jeśli się do nich dostanie.
Buzia po umyciu jest miękka, przyjemna w dotyku. Nie wyczuwam żadnego filmu, ale skóra nie woła od razu o krem.


Skład kosmetyku Alkemie i komu ją polecam



Marka Alkemie przykłada dużą wagę do jakości swoich produktów. Skład pianki jest na 6 z plusem i nie można się do niczego przyczepić.
Za takim składem idzie jakość i przyjemność stosowania oraz wydajność.
W składzie znajdziemy m.in. ekstrakt z pieprzu tasmańskiego o działaniu wyciszającym, kojącym zaczerwienienia, wyciąg z rozmarynu, rumianku, rdestu japońskiego, lukrecji, tarczycy bajkalskiej, a także substancje nawilżające.
Nie znajdziemy tutaj żadnych szkodliwych, potencjalnie drażniących składników. Formuła jest opracowana tak, by działać jak najłagodniej, nie naruszać bariery hydrolipidowej skóry, a jednocześnie zachować dobre właściwości oczyszczające.
Rzeczywiście tak jest - nigdy wcześniej nie miałam tak delikatnie działającego produktu oczyszczającego. Podejrzewam, że nadawał by się on nawet do skóry atopowej, nadwrażliwej.
Kiedy moja skóra była zaczerwieniona i wrażliwa w trakcie kuracji retinoidami produkt nie podrażniał mnie. Mogłam bez obaw go używać, a on nie szkodził, a nawet łagodził ją.


Czy udało mi się znaleźć tańszy zamiennik pianki Foa-m my God?



Kiedy pianka dobiła denka i z ciężkim sercem musiałam się z nią rozstać poszukiwałam jej następcy. Najbardziej popularnymi piankami do oczyszczania twarzy są chyba pianki EcoLab. Niestety, mnie podrażniła jedna z nich i więcej po nie nie sięgnę, ponieważ kilkanaście dni trwało nim się uporałam ze skutkami jej używania.


Przypadkiem znalazłam piankę Natura Siberica, która kosztuje około 28 zł (do kupienia TUTAJ). Zamówiłam na wypróbowanie i nie zawiodłam się.
Ma bardzo podobne działanie do pianki Alkemie - także działa bardzo delikatnie, nie podrażnia, ma nawet podobny naturalny zapach.
Jednak nie czuć już tutaj tego 'luksusu'. Konsystencja produktu jest dość rzadka, przez co na jedną aplikację zużywam 2, 3 pompki. Z powodu konsystencji czasem spływa z dłoni, nie jest aż tak przyjemna w użytkowaniu.
Pomijając jednak aspekt mniejszej wydajności, ponieważ opakowanie starcza średnio na miesiąc krócej niż poprzednik, czyli mogę się nią cieszyć około 1,5 miesiąca to jest to całkiem przyjemny produkt, który warto poznać.
Delikatnie łagodzi skórę, także mogę jej używać przy podrażnionej skórze i nie zaostrza jej stanu. Nie odczuwam aż takiego otulającego działania, jak przy poprzedniku, jednak i tak jest bardzo delikatna. Można by się obawiać, że skoro przeznaczona jest do cery tłustej i mieszanej to będzie działała matująco, ściągająco, ale nic takiego nie ma miejsca.
Polecam wypróbować jeśli szukacie czegoś łagodnego do mycia wrażliwych cer, niekoniecznie tłustych i mieszanych, ale także suchych i normalnych.

W składzie także same delikatne detergenty, a do tego gliceryna i między innymi ekstrakt z sofory japońskiej, hydrolat z rumianku, ekstrakt z krwawnika, olej słonecznikowy, ekstrakt z zawilca ałtajskiego.


Używacie pianek do oczyszczania twarzy? U mnie w tym roku królują i przebiły klasyczne żele oczyszczające.
Następna będzie chyba nowość marki Iossi - pianka ryżowa (dokładnie TAKA).

Święty Grall na wypadanie włosów. To jemu zawdzięczam zahamowanie kilkumiesięcznego wypadania

Święty Grall na wypadanie włosów. To jemu zawdzięczam zahamowanie kilkumiesięcznego wypadania
Wspominałam o tym produkcie już przy okazji ostatniej aktualizacji - http://www.sophieczerymoja.com/2018/12/aktualizacja-wosowa-skupiona-na.html. Jest to jednak rzecz tak wspaniała, że należy się jej osobny wpis. Zapraszam zatem do lektury o produkcie, który uratował moje włosy w ostatnich tygodniach.

Jak to się zaczęło, czemu akurat ten produkt


Na produkt marki Bionigree trafiłam zupełnie przypadkiem, kiedy poszukiwałam czegoś do peelingu skóry głowy. Niestety, kultowe już serum oczyszczające KLIK było niedostępne. Z ciekawości spojrzałam na skład Serum pobudzającego wzrost (do kupienia TUTAJ) i trafił on do mojego koszyka niemal od razu. Obietnice producenta i substancje aktywne zachęcają, by mimo dość wysokiej ceny się skusić.


Oto obietnice producenta:

To preparat na porost włosów, którego działanie przejawia się w uruchomieniu nowego cyklu wzrostu włosów oraz odpowiednim odżywieniu mieszków włosowych i szybszym włączeniu komórek macierzystych do działania w fazie anagenu (fazie wzrostu włosa).” Co ważne jest to kosmetyk o naturalnym składzie. Nie zawiera SLS/SLES, parabenów, silikonów, PEG, sztucznych barwników i innych kontrowersyjnych substancji. Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i nie był testowany na zwierzętach. Ważne jest też to, że producent zezwala produkt stosować także w ciąży.


Zerknijmy najpierw na skład …


Wygląda on następująco: Aqua, dimethyl isosorbide, ribes nigrum fruit extract, glycerin, pisum sativum sprout extract, malus domestica fruit cell culture extract, xanthan gum, lecithin, sodium metabisulfite, larix europaea wood extract, zinc chloride, camellia sinensis leaf extract, potassium sorbate, sodium levulinate, sodium PCA, sodium lactate, arginine, aspartic acid, PCA, glycine, alanine, serine, valine, proline, threonine, isoleucine, histidine, phenylalanine, cyclodextrine, parfum, diosmine, sodium hyaluronate, lactic acid.

Na początku woda, później rozpuszczalnik, który ułatwia przenikanie substancji aktywnych. Już na trzecim miejscu mamy ekstrakt z owoców czarnej porzeczki, kolejno gliceryna, wyciąg z nasion zielonego groszku, ekstrakt komórek macierzystych ze szwajcarskiej jabłoni domowej, gumę guar jako zagęstnik, odżywczą lecytynę i konserwant dozwolony do stosowania jako dodatek bezpieczny. Po konserwancie ekstrakt z kory modrzewia europejskiego, chlorek cynku, ekstrakt z liści zielonej herbaty, kolejne dwa konserwanty. Następnie dwie substancje działające nawilżająco, zestaw aminokwasów, Diosmina, która poprawia ukrwienie oraz kwas mlekowy.


Jak widzicie jest bardzo bogato, występują tu substancje łagodzące, poprawiające nawilżenie skóry, jak i polepszające ukrwienie. Ponadto dodatek cynku i ekstraktu z groszku, które mogą pomóc normalizować pracę gruczołów łojowych. Do tego oczywiście obiecany ekstrakt z czarnej porzeczki i komórki macierzyste z jabłoni.

Opakowanie i aplikacja


Sam produkt otrzymujemy zapakowany w elegancki kartonik. W środku znajduje się szklana buteleczka o pojemności 50 ml z pipetą.


Jest to pozornie wygodne, jednak kiedy produktu zostaje nam mało, pipetką ciężko go nabrać i najlepiej wylewać prosto na dłonie lub na talerzyk i w nim następnie maczać opuszki i aplikować przykładając bezpośrednio do głowy.
Zapach jest dyskretny, bardzo przyjemny, lekko słodki. Konsystencja zaś dość rzadka, ale śliska, lekko przypomina kisiel, przez co stosowanie jest proste.
Wydajność jest średnia, ponieważ u mnie przy stosowaniu praktycznie co dwa dni jedno opakowanie starczyło na około miesiąc. Już po tym czasie były zachęcające efekty, więc dokupiłam kolejne opakowanie.
Polecam przeprowadzić taką samą lub dłuższą kurację dla pełnych i trwałych efektów.
Ja stosowałam produkt zaraz po myciu włosów. Wcierałam go w wilgotną skórę i suszyłam włosy jak zawsze.
Nie zauważyłam przetłuszczenia, a wręcz przeciwnie. Skóra głowy zareagowała bardzo pozytywnie i włosy były lekko odbite od nasady.
Kiedy zaaplikowała serum już na suchą skórę włosy były obklejone, posklejane.


Znacie ten produkt? Jak Wasze wrażenia po kuracji? : )
M.

Jak aktualnie farbuję włosy, Ola

Jak aktualnie farbuję włosy, Ola
Mój post o farbowaniu powstał jeszcze w 2016 r. Mowa dokładnie o TYM poście. Później zrobiłam małą aktualizację z myślą o drzewie kempeszowym - http://www.sophieczerymoja.com/2018/05/moje-aktualne-farbowanie-wosow-ola.html
Prosiłyście mnie w wielu wiadomościach o jego aktualizację, więc właśnie dziś zamierzam nieco więcej o tym napisać : )
Teraz moje farbowanie nie jest tak 'restrykcyjne' jak kiedyś, kiedy unikałam jak ognia rudej poświaty na ciemnych włosach. Aktualnie mi nie przeszkadza a z 'kolorem pod słońce' chętnie eksperymentuję ;3

Dlaczego zaprzestałam używania indygo


Zrezygnowałam z indygo właściwie z dwóch względów. Kluczowym powodem było moje złe samopoczucie zaraz po farbowaniu, które czasem pojawiało się już po godzinie od nałożenia. Przyznam szczerze, że długo męczyłam się dla 'piękna włosów' i w pewnym momencie stwierdziłam, że koloryzacja włosów stała się dla mnie bardzo przykrym, comiesięcznym obowiązkiem. Nie chodzi przecież o to, żeby się dosłownie 'katować' dla niebieskiej, naprawdę przepięknej czerni i kiedy reakcje organizmu były już za ostre... odpuściłam. Indygo chciałam zastąpić katamem, ale niestety jak dla mnie katam pachnie dosłownie jak indygo i już podczas mieszania zioła miałam bardzo podobne doznania jak podczas rozrabiania i aplikacji indygo ;c Tak więc katam również poszedł w niepamięć i nie wrócę do niego bez wątpienia. Rozjaśniane indygo źle się kończy, dlatego też, wolę teraz używać ziół przy których taką możliwość będę mieć.

Chęć posiadania fioletowych włosów za sprawą drzewa kempeszowego


Pamiętacie włoską grupę, którą chętnie Wam linkuję prawda? Dla przypomnienia - https://www.facebook.com/groups/660982353951509/
To właśnie z niej w momencie jej bacznego przeglądania trafiłam na drzewo kempeszowe (jeśli jesteście ciekawe efektów wpiszcie sobie w 'lupkę' - 'campeggio'), które Włoszki rozrabiały z dodatkiem sody oczyszczonej (to właśnie jest to 'bicarbonato') bądź z ałunem. Kolor po ałunie jest piękniejszy i ponoć bardziej stabilny niźli po sodzie oczyszczonej (zauważyłam podczas moich aplikacji z dodatkiem sody, że lubi wracać do swojego 'rudawego' odcienia), ale nie odważyłabym się nakładać go na skórę głowy. Nie mam za to pojęcia czy drzewo można rozjaśniać, ponieważ nie robiłam w tym kierunku żadnych testów : ) Biorąc pod uwagę fakt, że wypłukuje się dość szybko, sama nie wiem czy byłby z tym jakiś większy problem... ktoś próbował? ; )

Okay, pokażę Wam teraz efekty mojego naprawdę udanego farbowania na ciemny kolor z fioletową poświatą jedynie za pomocą ziół. U mnie bardzo przystępny efekt występował po farbowaniu dwuetapowym - najpierw henna zakwaszona cytryną (zakwaszam tylko cytryną, ponieważ zauważyłam, że kolory na takiej hennie trzymają się u mnie dużo dłużej) a później drzewo kempeszowe. Próbowałam różnych kombinacji i zauważyłam, że wszelkie dodatki typu np. glutek z siemienia lnianego nieco zakłócały barwienie drzewa i dlatego ostatnie farbowanie było na rozrobieniu jedynie z wywarem spod... drzewa kempeszowego w formie NIESPROSZOWANEJ (kory).
Pytacie dlaczego? Wspomniałam Wam już w poście, w który pisałam o farbowaniu drzewem, że moim zdaniem nie da się wyciągnąć (przynajmniej na sodzie) ładnego koloru z proszku Phitofilos (do kupienia TUTAJ). Stanowił on bazę w moim farbowaniu, ale na pasemkach kontrolnych był to taki dziwny kolor, dla mnie za mało fioletowy, bardziej jakby brązowawy z czerwonymi refleksami... . Dlatego zdecydowałam się robić wywar z drzewa kempeszowego w formie niesproszkowanej (kora), który kupowałam na stronie hobby-wełna ; ) Powiem Wam, że tak - to miało sens! Wywar, na podstawie moich eksperymentów o których wspomniałam Wam tutaj - http://www.sophieczerymoja.com/2018/05/moje-aktualne-farbowanie-wosow-ola.html, puszczał piękny, baaardzo ciemny fiolet (który widzicie na zdjęciu poniżej) za sprawą dodania sody oraz podgrzewania na gazie).


Do wywaru dodawałam łyżkę sody a czasem nawet ilość była zwiększana do niemalże dwóch łyżek. NIE POLECAM WAM DODAWAĆ TYLE SODY W PRZYPADKU JEŚLI WASZE WŁOSY SĄ ZNISZCZONE, BĄDŹ W ŚREDNIEJ KONDYCJI (bądź cienkie i delikatne, bowiem zrobicie sobie 'kuku'). Morał z tego posta chciałam wrzucić, wiadomo, na sam koniec jak to przystało na morał ;d, ale naprawdę nie używajcie sody w farbowaniu włosów, jeśli nie są one w naprawdę dobrej kondycji. Ja pozwoliłam sobie na takie kombinacje, ponieważ po 2-3 'odżywieniach' włosy wracały do siebie a przyznam, że i po farbowaniu nie odczuwałam by działało ono na niekorzyść moich włosów.
Wywar kiedy widziałam już, że ładnie ściemniał (za sprawą podgrzewania i dodatku sody) został odstawiony na noc pod przykrycie. Gdy nadszedł dzień farbowania wrzucałam zawartość dwóch opakowań drzewa kempeszowego Phitofilos do miseczki, miseczka trafiała do garnka do którego uprzednio wlewałam wody i zalewałam proszek wywarem z kory drzewa kempeszowego. Mieszanka była podgrzewana na gazie dopóki naprawdę porządnie nie ściemniała - nawet w kierunku czerni. Często dodawałam do niej jeszcze jedną łyżkę sody. Nie róbcie tego w domu ;d Dlaczego dodawałam aż tyle sody? Zauważyłam, że wtedy kolor był piękniejszy, bardziej fioletowy. Kiedy dodawałam jej mniej, efekt nie był tak zachwycający, ale wtenczas nie podgrzewałam mieszanki, dopiero później się na to zdecydowałam ; ) Szłam na całość, może wystarczyłaby łyżeczka-łyżka sody a po prostu podgrzewana (tj. mieszanka) dłużej? Hm, raczej się tego nie dowiem, choć przyznam, że gdyby drzewo było bardziej trwałe i przede wszystkim MIAŁO LEPSZĄ KONSYSTENCJĘ (której u mnie nie ratował nawet glutek, choć było minimalnie lepiej) to może farbowałabym nim dalej, ponieważ efekt bardzo mi się podobał. A dużo mnie kosztował - wygląd posiniaczonego awatara przed tydzień, wszystko dookoła fioletowo-niebieskie i trudne do wyszorowania, wliczając również moje ciało. Drzewko pięknie barwiło bez dodatków, ale lało się 'z głowy' okrutnie. Pielęgnacja i koloryzacja ziołami miała być przyjemnością na samą myśl robiło mi się słabo. Pokażę Wam jednak wreszcie efekty mojego najbardziej udanego farbowania.

Pierwsze zdjęcie to włosy przed koloryzacją:


Tutaj farbowanie henną z dodatkiem łupin orzecha włoskiego (100 gram henny na 100 gram orzecha (do kupienia TUTAJ). Nie pamiętam dokładnie, czy hennę odstawiałam, ale z całą pewnością tak było, więc została rozrobiona na wodzie z dodatkiem soku z cytryny a tuż przed aplikacją dodałam łupiny orzecha). Powiem Wam, że kolor bardzo mi się podobał i myślałam w pomieszczeniu, że to ładny, jasny brąz... dopóki nie wyszłam na zewnątrz i nie okazałam się ruda. Niemniej jednak miał coś w sobie:


Wreszcie upragniony fiolet. O taki właśnie mi chodziło:


Wnioski z tekstu powyżej są następujące:

- jeśli Wasze włosy są w średniej kondycji/cienkie/delikatne decydujecie się na farbowanie z dodatkiem sody (czy to nawet małej ilości) na własną odpowiedzialność. Odradzam : ) Pamiętam jak na niegdyś zniszczone włosy, farbowane indygo dodałam do (koloryzacji właśnie indygo) trochę soli. Skończyło się podcięciem końcówek większym niż centymetr. Moje włosy aktualnie znosiły ją (sodę) wyjątkowo dobrze, ale nie były takie jak po farbowaniach samymi ziołami bez takich dodatków jak soda, a farbowanie zawsze 'celebrowałam', ponieważ włosy były wizualnie bardziej gęste, grubsze itp. ; )
- jeśli już chcecie koniecznie sodę, która wyciąga naprawdę ciekawe kolory (nie tylko z drzewa) to dajcie jej mniej i próbujcie drzewko podgrzewać : )
- polecam korę drzewa kempeszowego z hobby-wełna bardziej niż proszek Phitofilos (tylko z nim miałam do czynienia, nie wiem jak inne proszki się zachowują). Wywar z niej, podgrzewany i na sodzie to piękny fiolet! Zaczęłam z podgrzewaniem za sprawą podgrzewania rubii (pomyślałam, że warto spróbować) o czym pisało w tym tekście http://www.allnaturaldyeing.com/madder/
Spójrzcie również na nasz instagramowy filmik, gdzie jasne włosy blond zostały zafarbowane najpierw czystą henną a następnie podgrzewanym drzewem kempeszowym https://www.instagram.com/p/BireA9Mlnu8/
Sama myślę, czy nie chciałabym spróbować czystej henny zalanej wywarem z drzewa z ilością sody maksymalnie w jednej łyżeczce, hm. Może właśnie tak będzie wyglądać moje następne farbowanie ; )

Jak farbuję 'teraz'?


1. Wróciłam do pokrywania odrostów farbą chemiczną i wybór padł na Tins of nature (KLIK). Naprawdę jest to farba godna polecenia. Kiedyś używałam Color&Soin, ale ta jakoś bardziej przypadła mi do gustu.


Zatem taki jest mój pierwszy etap farbowania
. Czasem, w przeddzień farbowania, włosy intensywnie olejuję na noc, ale kiedy kondycja moich włosów jest praktycznie świetna, nie potrzebuję już takich kombinacji jak wtedy kiedy włosy potrzebowały 'ustrzeżenia' przed wysuszeniem. Farbę oczywiście spłukuję po czasie przeznaczonym na koloryzację i przystępuję do dwukrotnego mycia szamponem z SLS - u mnie wybór pada albo na mydło Fratti (KLIK), bądź na szampon Bambi (to już tradycja).

2. Na włosy nakładam hennę, która zawsze czeka (przez noc) na aplikację rozmieszana z dodatkami takimi jak (w zależności od tego co mam ochotę użyć) hibiskus (który u mnie działa dobrze na wypadanie), rubia bądź amla (KLIK). Z henną chodzę ile wlezie, minimum to dla mnie 4 godziny. Ostatnio z braku czasu włosy hennowałam na noc. Myślałam, że to już
włosomanictwo najwyższy poziom', ale naprawdę henna rozmieszana z proszkiem z orzecha włoskiego miała super konsystencję, wygląd nutelli i nie pobrudziłam w ogóle poduszek a spałam w czapce. Nie było tak źle a pamiętam jak mówiłam do Moniki 'jak te Włoszki mogą spać z henną całą noc, ja bym tak nie mogła' - sytuacja i brak czasu mnie w rezultacie do tego pchnęły ;3

3. Myślicie, że na tym koniec? Otóż nie. Zauważyłam, że moje włosy niegdyś farbowane henną a następnie indygo były grubsze i jakby było ich więcej (co zauważyła również Monika) niż farbowane jedynie henną. Zdecydowałam się w takim razie na farbowanie cassią z amlą, bądź na ponowne nałożenie henny tylko z innym dodatkiem. W drugim etapie ziołowego farbowania szukam zatem ziół 'barwiących' żeby ich barwnik również się odłożył a tym samym dodatkowo pogrubił mi włos ; ) Tutaj mieszankę przetrzymuję na włosach maksymalnie do 4 godzin. Ze względów ekonomicznych będę wybierać tańsze dodatki do henny typu amla, a mam w planach na 'kiedyś' w drugim etapie nałożyć np. Rosso Ciliegia (KLIK) : )