Popularne posty

Włosowa metamorfoza Marty z naszego mini konkursu na Facebook'u

Włosowa metamorfoza Marty z naszego mini konkursu na Facebook'u
Całkiem niedawno dodałyśmy na naszym Fanpage na Facebook'u ogłoszenie, że szukamy Dziewczyn do darmowej włosowej metamorfozy.
Poszukiwałyśmy włosów jak najbardziej wymagających, zniszczonych, suchych. Takich, z którymi Właścicielka sobie nie radzi.
Spośród zgłoszeń na pierwszy ogień wybrałyśmy Martę, która tak opisała swoje problemy:

" Dzisiaj już jestem bezradna. Staram się olejować włosy, podcinać je, nakładać maski, nie prostować i nic, jest tragedia. Włosy tak jak mówiłam - zatrzymały się na długości z gimnazjum i nadal stoją. Nadal bardzo się kruszą. Teraz jeszcze są w miarę ułożone, ponieważ suszyłam je suszarką. Lecz gdy tylko pozostawiam włosy na samowolkę i schną sobie same, to dosłownie wstydzę się wyjść z domu. I to takie moje błędne koło. Chciałabym żeby ruszyły na długość więc powinnam odstawić farby i suszarkę, a po prostu nie mogę. No cóż, troszkę się rozpisałam, ale przejdę do rzeczy. Najbardziej zależy mi na tym żeby włosy zaczęły rosnąć i żebym była w stanie je jakkolwiek okiełznać. A marzę o włosach które byłyby lśniące i mięciutkie :) Może ten konkurs to jakiś promyk nadziei dla mnie. "

Włosy Marty przed naszymi zabiegami:


Krok pierwszy to oczywiście olejowanie. Tym razem w akcji nasze nowe odkrycie Olej moringa + miodowanie maska DIY


Olej Moringa (KLIK) wybrałyśmy jako produkt do olejowania, ponieważ otrzymałyśmy od Was mnóstwo pytań o to, czy nadaje się do włosów wysokoporowatych.
Chciałyśmy więc to sprawdzić i nadarzyła się idealna okazja. Już teraz mogę napisać, że spisał się świetnie i polecamy go na równi z olejem kameliowym i marula.


Olej w ilości około 3,5 łyżki został nałożony na suche włosy
, po czym kolejnym krokiem było przeczesywanie włosów pokrytych olejem przez kilkanaście minut, co łącznie dało 45 minut olejowania.


Na taką bazę z oleju nałożyłyśmy przygotowaną w miseczce domową maseczkę zwaną roboczo przez nas 'miodowaniem' (kompresem miodowo-oliwnym).
Tym razem jej skład był bardzo prosty. To tylko oliwa z oliwek najwyższej jakości pół na pół z olejem kameliowym (KLIK)  pomieszana z miodem na gęstą, gładką masę.


Pod czepkiem i w suszarce kapturowej mieszanka spędziła 17 minut ciągle podgrzewana. Po tym czasie zostawiłyśmy ją jeszcze na 30 minut.


Hawajski zestaw "Puszyste Mango" - szampon i odżywka



Szamponem "Puszyste Mango" (KLIK) umyłyśmy włosy dwukrotnie, by dobrze zmyć olej i miodowanie. Włosy były bardzo tłuste i obklejone domową maską, więc drugie mycie zrobiłyśmy po to by mieć pewność, że niedomyte włosy nie popsują efektu.
Równie dobrze tutaj mogłoby sprawdzić się mycie długości maską np. tą Vatiką (oczywiście wykluczając uprzedni kompres miodowo-oliwny).
Szampon "Puszyste mango" bardzo dobrze myje, pieni się mocno, ale nie plącze kosmyków. U mnie w domu jest prawdziwym Hitem i mąż ciągle mi go podbiera.
Marta także była zachwycona jego zapachem.
Odżywka z tej samej serii (KLIK) uważałam dotychczas za dość lekką, ale okazało się, że przetrzymana na włosach 10 minut pod suszarką kapturową w cieple bardzo mocno zmiękczyła włosy. Rozczesały się praktycznie same, bez żadnych komplikacji i szarpania.
W tym momencie podcięłyśmy dosłownie 1,5 cm końcówek, by nieco je odświeżyć i usunąć rozdwojenia.


Spróbowałyśmy wysuszyć fryzurę na prosto, ponieważ nasza Bohaterka była otwarta na wszelkie eksperymenty, a my też chciałyśmy zaspokoić swoją ciekawość.
Włoski były bardzo mięciutkie, takie delikatne i dziecięce w dotyku. Na pewno już była widoczna różnica między tym co było na początku. Były dużo mniej spuszone, bardziej gładsze.
Jednak kiedy spod spodu zaczęły się wyłaniać te urocze kręciołki nie mogłyśmy się im oprzeć...


Wydobycie naturalnego skrętu


... dlatego zwilżyłyśmy włosy wodą i ponownie zaaplikowałyśmy kolejny produkt. Była to nasza ukochana maska Ekos (KLIK) pomieszana z łyżeczką oleju kameliowego (KLIK) podgrzewana przez 5 minut.
Po spłukaniu na jeszcze ociekające wodą kosmyki zaaplikowałyśmy porcję balsamu Ekos (KLIK), który został wgnieciony porządnie we włosy przy okazji odsączając je nieco z wody.


W tak przygotowane włosy wgniotłyśmy ugotowany żel lniany (widzicie go na zdjęciu, oczywiście został użyty bez tych ziarenek ;d interesował nas tylko glutek). Wszystkie czynności najlepiej wykonywać nad wanną czy prysznicem, ponieważ w tym momencie włosy pozostają jeszcze mokre i można zamoczyć podłogę.


Zainspirowałyśmy się tym wpisem: https://www.curlsandbeautydiary.com/my-curly-hair-routine/
W filmiku, który jest dodany we wpis tej Kręconowłosej zwróćcie uwagę na charakterystyczny dźwięk podczas ugniatania - dokładnie w 5:38 minucie ; )
Po takim wstępnym uformowaniu kształtu przyszedł czas na 10 minutowy plopping. Niestety, nie miałyśmy żadnej koszulki, ale ręcznik wykonany jest z cienkiej, miłej w dotyku 100% bawełny i godnie zastąpił podkoszulkę.
Włosy rozpuszczone z ploppingu umieszczone zostały w durszlaku i w taki sposób były suszone przez około 40 minut chłodnym nawiewem.


Czemu durszlak, a nie dyfuzor? Ponieważ po pierwsze dyfuzor gdzieś się zapodział, a po drugie Ola próbowała na sobie tej metody i była bardziej zadowolona.
Poza tym, że trwało to nieco dłużej, polecamy, jeśli macie falowane/kręcone włosy i nie macie pod ręką dyfuzora. Jeszcze lepsze będzie po prostu sitko : ) Kiedyś zobaczyłyśmy ten patent na Instagramie i wprost marzyłyśmy by go przetestować.
Na sam koniec włosy zostały odgniecione rękami posmarowanymi 2 kroplami oleju moringa (KLIK).

Rezultaty i wrażenia naszej Bohaterki 


Efekt końcowy to ładnie wydobyty naturalny skręt włosów, którego nasza Bohaterka kompletnie się nie spodziewała.
Jej dotychczas spuszone na całej długości włosy były gładkie i dociążone, a jednocześnie pełne objętości. To na czym najbardziej jej zależało czyli miękkość i blask zostało osiągnięte .
Dodatkowo mamy nadzieję, że Marta pójdzie dalej tą drogą i za jakiś czas pochwali się nam dalszymi rezultatami.

Na koniec jeszcze kilka słów od Marty:

"W drodze do dziewczyn kompletnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Byłam otwarta na każde rozwiązanie mojego problemu z włosami, oby tylko udało im się wyciągnąć z nich cokolwiek pozytywnego. Efekt końcowy mnie powalił, serio. Naprawdę nie sądziłam, że moje włosy w tak krótkim czasie byłyby w stanie stać się tak mieciutkie, sypkie i lśniące. A co dopiero, nie sądziłam, że moje włosy mają taki zadatek do kręcenia się! Dziewczyny wykonały kawał dobrej roboty :) I nie chodzi tylko o pracę nad moimi włosami, dobór odpowiednich kosmetyków, ale też świetne porady i wskazówki oraz otworzenie mi oczu na nowe rozwiązania. Kontakt z nimi był bezproblemowy a sama współpraca to czysta przyjemność. Więc podsumowując - warto przejechać dla nich każdy kilometr, bo drugiej takiej pary czarodziejek nigdzie indziej nie znajdziecie :) "

Dziękujemy Marcie za przyjazd (aż z Warszawy!) i za przemiło spędzony czas ;*

Szkolenie indywidualne on line do zakupu tutaj https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Szkolenie-indywidualne-on-line/383metamorfoza https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Usluga-fryzjerska-/287

Jak Wam się podoba? Dajcie znać! : )

M.

Porównanie używanych przeze mnie mieszanek Phitofilos w kolorze rudości

Porównanie używanych przeze mnie mieszanek Phitofilos w kolorze rudości
Nie lubię używać ciągle tych samych ziół do farbowania włosów i dlatego ciągle poszukuję nowych mieszanek gotowych lub sama je tworzę według swojej fantazji.
Kiedy udało nam się nawiązać współpracę z włoską marką Phitofilos (KLIK) od razu przystąpiłam do testów.

Własna mieszanka : Henna nr.1 + rubia, rabarbar i hibiskus


Podstawę stanowiła Henna nr.1 (KLIK), która składa się z henny i cassi. Dodatkami była rubia (KLIK) i hibiskus (KLIK), które uwielbiam za działanie odżywcze, ale także głębsze, mahoniowe tony. Hibiskus dodatkowo bardzo pomaga przy problemach z wypadaniem włosów. Zauważyłyśmy z Olą pozytywne działanie nawet po jednym zastosowaniu, dlatego warto go dosypywać, jeśli farbujecie ziołami włosy lub nawet używać samodzielnie jako wzmacniającą kurację.
Rabarbar (KLIK) dosypałam by kolor nie ściemniał zbyt mocno, ponieważ ma działanie rozjaśniające, o czym mogłam się przekonać stosując go zamiast kwasu jabłkowego.

Efekty:



W efekcie włosy leciutko się rozjaśniły. Mieszanka pomogła mi także pozbyć się nieco czerwieni, którą miałam wcześniej na włosach po farbowaniu czystą rubią.

http://www.sophieczerymoja.com/2018/08/farbowanie-z-pomoca-5-zio-marki.html

Rosso Ciliegia (KLIK)


Mieszanka, która w składzie zawiera Rubię, Hennę, Drzewo sandałowe i hibiskus od początku brzmiała dla mnie najbardziej kusząco.
Choć od czerwieni już stroniłam, to jednak czułam, że ten miks może okazać się ciekawy. Nie pomyliłam się i z sentymentem wracam do zdjęć z tamtego okresu... i to nie tylko dlatego, że było gorące lato, ale również przez wzgląd na kolor, z którego byłam bardzo zadowolona. 
Pamiętam, że podczas mieszania i nakładania gotowej mikstury wyczuwałam, że rubia stanowi jej dużą część. Pamiętam jej zapach i wyczuwałam ją zdecydowanie najbardziej. 
Mimo tego konsystencja była bardzo przyjemna, dobrze się rozprowadzała, a zioła wpłynęły na moje włosy wyjątkowo dobrze. Po żadnym innym miksie nie były aż tak gładkie i śliskie. Szczególnie, że spłukałam je wtedy tylko wodą
Ale to tylko dowód na to, że moje włosy z rubią i hibiskusem lubią się bardzo. 


Efekt zaraz po zmyciu to bardzo intensywna miedź, która w słońcu wpadała w marchewkę. Był to kolor ogromnie wielowymiarowy, ponieważ w cieniu, bez słońca wpadał w czerwień. W pomieszczeniu, w mieszkaniu także włosy wyglądały na mocniej czerwone.

Efekty zaraz po farbowaniu:


Uwidoczniło się to najbardziej po kilku, kilkunastu myciach, kiedy zaczęłyśmy zauważać z Olą, że włosy stają się coraz bardziej chłodne, lekko ściemniały i są ewidentnie czerwieńsze. 

(kolor po około 8 tygodniach)

Kolor po ośmiu tygodniach:


Miscela Roobia (KLIK)


Na pierwszym miejscu w składzie również mamy Rubię, później rabarbar, hennę i cassię. 
Wg. producenta powinna dawać kolor koniakowy i złoto-brązowe niuanse. 
Włosy w kolorze tak szlachetnego trunku brzmiały kusząco ;d
U mnie niestety taki efekt nie został uzyskany, ale mieszanka ta bardzo mi się spodobała. 
Niewprawione oko nie zauważyłoby pewnie różnicy między Miscelą Roobią, a Rosso Ciliegia, ale ja oczywiście je widziałam. 
Przede wszystkim więc kolor miał zbliżone rudo-czerwone tony, ale sam odcień nie przyciemnił się znacząco.


Zaraz po zmyciu włosy były mocniej miedziane, później kolor dojrzewał w kierunku mahoniowego. Całość była jednak lekko przygaszona, stłumiona i to wyróżnia tą mieszankę. 

http://www.sophieczerymoja.com/2018/11/hennowanie-z-phitofilos-henna-nr-1.html

Henna nr.1 + Noce Mallo 


Henna nr.1 (KLIK) składa się z henny i cassi, co powinno dawać marchewkową rudość na jasnych włosach i odcienie jak najbardziej miedziane na pozostałych kolorach.
Dodatek Noce Mallo (KLIK), czyli łusek orzecha stanowił w moim przypadku proporcję około 20% całości. Było to za mało by uzyskać dzięki temu konkretny efekt, ale ja chciałam tylko zagęścić mieszankę. Jeśli kolor byłby bardziej stonowany to też nie byłoby źle. 
Góra włosów od odrostów wyszła o jakieś 2 tony jaśniejsza od reszty, choć przed nakładaniem ziół nie było widać różnicy między odrostem farbowanym farbą, a dołem
Odrost to była mocna marchewa, która aż wołała "zakryj mnie" ;d Dół natomiast zyskał nieco jasności, ożywienia bardziej rudymi refleksami. 
Po kilku dniach góra ściemniała nieco i różnica była mniej widoczna.
Dodatkowym atutem tej mieszanki było bardzo mocne podbicie blasku, co zawdzięczać musiałam łuskom orzecha, ponieważ po cassi i hennie moje włosy nigdy nie błyszczały aż tak i tak długo.



M.

Cztery główne (niekosmetyczne) błędy, które umniejszały pielęgnacji moich włosów, Ola

Cztery główne (niekosmetyczne) błędy, które umniejszały pielęgnacji moich włosów, Ola
Oczywiście pisząc 'niekosmetyczne' mam na myśli, że bez udziału produktów do pielęgnacji typu szampon, maska, olej itp. : )
Do tego posta bardzo chętnie 'usiadłam' a jego napisanie poszło mi dużo szybciej niż pisanie innych. Uważam każdy opisany punkt za istotny w pielęgnacji włosów, więc sprawdźcie czy robicie jeszcze 'coś nie tak' z włosami : ) Pewnie dla wielu z Was to punkty oczywiste, ale na pewno znajdzie się ktoś komu post się przyda - taką mam przynajmniej nadzieję!

1
. Zacznę może od mojej zmory z czasów, kiedy dopiero zaczynałam dbać o włosy. Przyznam, że ciężko jest w tym 'wszystkim' zacząć się poruszać, by wiedzieć, czego dokładnie w danej chwili brakuje naszym włosom by mogły wyglądać dobrze. Ja na szczęście już wiem, jak 'ogarnąć' większość włosowych kryzysów i mam nadzieję, że ten, który dopadł mnie jakieś pół roku temu (o czym niżej!) był ostatni ;d
Kiedy używam sformułowania 'kiedy zaczynałam dbać o włosy' od razu przypomina mi się moje pierwsze olejowanie (jak to zawsze u mnie na bogato!) - pełna miseczka oliwy z oliwek (teraz w sumie robię podobnie, ale cały proces został zmodyfikowany - używam go nawet w metamorfozach, więc już wtedy musiałam być na dobrym tropie!) a ja i moja wielka szopa, suchych (ogólnie 'z natury' i suchych bo wysuszonych suszarką) włosów próbowałyśmy się upchać w tej miseczce... . Później napisałam Monice, że olejowanie nie jest dla mnie, ponieważ nie widzę efektów! Zdecydowałam się wtedy na olej, ponieważ nazajutrz miałam wizytę u fryzjera a ciągłe upominania, że mam przetrawione, zniszczone włosy były bolesne. Pomyślałam zatem, że olejowanie w przeddzień wizyty z całą pewnością będzie 'lekiem na całe zło'. Hihi, no kto nie miał takich smutnych początków? No kto? : )


Okay, wracając do meritum, ponieważ ja zawsze muszę zrobić jakieś dygresje (;d), jeszcze gorszym wspomnieniem niż pierwsze olejowanie były moje szczotki do włosów i naprawdę bardzo dużo czasu upłynęło zanim doszłam do wniosku, że przykładają się one do rujnowania mojej pielęgnacji. Tak, do rujnowania. Właściwie na dzisiejszego posta natchnęło mnie w chwili, kiedy pojechałam do rodziców i zapomniałam zabrać ze sobą mojej ukochanej szczotki wiosłowej z Rossmanna.

Znajduje się ona na poniższym zdjęciu:


Musiałam zatem ratować się czymkolwiek i nagle powróciło to uczucie sprzed kilku lat. W szufladzie leżała ona. Szczotka i owszem, ale jest to szczotka do modelowania (mniej więcej coś takiego jak taka sztuka z Rossmanna KLIK - wybaczcie, miałam zrobić zdjęcia swojej, ale została w torbie w innym mieszkaniu. Zdjęcia do posta zaktualizuję w przyszłym tygodniu) a nie do rozczesywania włosów po umyciu. Wiem nie od dziś, że sięgacie wciąż po 'cokolwiek' do rozczesywania włosów (podobnie jak większość Dziewczyn z którymi się spotykamy opowiada nam jak po umyciu trą włosy ręcznikiem, ponieważ wtedy szybciej schną... :c!), więc zawsze w Szkoleniach (KLIK) uczulamy Was na to i polecamy właśnie dobrą szczotkę. Miałam jeszcze epizod rozczesywania włosów po umyciu (i nie tylko) grzebieniem mojej babci (pamiętam go jak dziś, niebieski z plastiku) z bardzo gęstymi ząbkami : ) Pomyślałam, że skoro babcia go używa, a mama szczotek do modelowania (obydwie mają krótkie włosy) to musi to mieć jakiś sens.
Niestety, sensu nie miało najmniejszego a ja czesząc włosy szczotką do modelowania, która notorycznie wplątywała mi się we włosy tym samym je szarpiąc, łamiąc i co tylko : ) oraz grzebieniem, który zacinał się jakieś 10 cm przed końcówkami i nie chciał iść dalej, stwierdzałam, że włosy są na pewno tak bardzo zniszczone, że nie idzie ich rozczesać, więc należy je po prostu obciąć. Fryzjerki oczywiście tej idei przyklaskiwały (same czesały podobnymi grzebieniami, więc miały dokładnie ten sam problem co ja - kto pamięta to uczucie rozczesywania na przysłowiowego 'chama' włosów długich, skołtunionych grzebieniem z gęsto rozstawionymi ząbkami? Ten dźwięk strzelających włosów ;e) a ja miałam przez bardzo długi czas krótkie włosy, ponieważ co odrosły to szczotka czy też grzebień się 'zakleszczały' a ja byłam przekonana, że należy je podciąć ponownie.

Tak więc jestem zdania, że szczotka może zniszczyć całą pielęgnację właśnie poprzez łamanie włosów, wyrywanie ich, wplątywanie się w nie... i tak dzień za dniem. Nie ma siły, żeby się to nie odbiło na ich kondycji i to naprawdę drastycznie.


2. Miałam przejść teraz do suszarki do włosów, ale chyba dużo gorszym doświadczeniem była twarda woda, jaką mam w miejscu mojego zamieszkania i brak filtra prysznicowego, który naprawdę robi różnicę... i to jaką! Na twardą wodę narzekałam Wam w tym wpisie: www.sophieczerymoja.com/2018/08/aktualizacja-wosowa-czas-dla-wosow.html

Bardzo łatwo rozpoznać kiedy filtr należy wymienić. U mnie w momencie włosy stały się naprawdę strasznie postrączkowane, jakby czymś oblepione, szorstkie, niemiłe w dotyku. Nie pomagało nic, kompletnie nic. Ulubione maski, szampony, oleje. Oczywiście ratowały nieco sytuację, ale to nie było to do czego byłam przyzwyczajona po ich zastosowaniu. Pomyślałam, że może włosy należy podciąć (i to było takie trochę większe cięcie - pomyślcie zatem jak dało mi to do myślenia) i zrobiłam to. Niestety, nie pomogło to praktycznie wcale, włosy dalej były w złej formie a ja miałam ciągły bad hair day i nic, kompletnie nic, nawet koczek na skarpecie nie pomagał osiągnąć nawet minimum satysfakcji. Zawsze Wam mówię, że nieodpowiednio wypielęgnowane włosy, które idą pod koczek nie będą wyglądać dobrze. Tak też było w tym przypadku.
Nagle natchnęło mnie - przypomniało mi się jak wyglądały włosy Moniki po wprowadzeniu się do nowego miasta. Też na początku nie wiedziałyśmy o co może się rozchodzić. Filtr należało wymienić i wszystkie problemy włosowe zniknęły jak ręką odjął : ) Wcześniej kupowałam droższy filtr, który był w 'kolorze' mojej słuchawki prysznicowej, ale potem Monika zasugerowała tańszy na Allegro za około 30 złotych tylko z 'napisami'. Uznałam, że jest to rzecz, która nie musi wyglądać jakoś powalająco, więc teraz zakupuję wersję 'brzydszą' wizualnie. Działanie jednak ma takie samo, więc nie widzę sensu tracić pieniędzy jedynie dla wyglądu filtra. Także jeśli macie twardą wodę w miejscu swojego zamieszkania a chcecie zrobić 'uprzejmość' nie tylko swoim włosom, ale również skórze to koniecznie kupcie filtr prysznicowy.


3. Suszarka do włosów to w dalszym ciągu temat dość kontrowersyjny z tego co wynika z naszych rozmów z Dziewczynami, kiedy przychodzą do nas na Włosowe Metamorfozy. Nie widzę nic złego w stosowaniu suszarki z chłodnym nawiewem, ponieważ tylko takiej używam (teraz, w okresie zimowym, przyznam, że czasem przełączam na cieplejszy, ponieważ lubię się trochę pogrzać - w łazience mam naprawdę chłodno). Przyznam, że o ile na początku włosomaniactwa, kiedy włosy były zniszczone, ale też krótsze całkiem zgrabnie sprawdzało się u mnie schnięcie drogą naturalną. Nie przeszkadzało mi, że po bardzo 'odżywczej' pielęgnacji potrafiły schnąć jakieś 3-4 godziny, ich wygląd mnie zadowalał (u nasady również) aż do momentu kiedy stały się dłuższe. Teraz zawsze suszę włosy, stosując właśnie chłodny nawiew z uwagi na fakt, że jeśli tego nie zrobię włosy u nasady (w sumie aż do ucha albo i dalej) wyglądają jakbym ich nie domyła bądź chodziła z jakimiś 4 dniowymi włosami, które proszą się o mycie. Dlatego zawsze kiedy zależy mi na tym, żeby włosy wyglądały świeżo i nie oklapły mi w ekspresowym tempie po koczku muszę wysuszyć je suszarką. Jeśli Wasze włosy na długości są zniszczone, możecie suszyć jedynie u nasady by nie wyglądały na przetłuszczone. Odradzam natomiast notoryczne suszenie gorącym nawiewem, ponieważ właśnie taki potrafi zrujnować całą uprzednio dobrze dobraną pielęgnację. Włosy stają się suche, są 'przegrzane' a i skóra głowy wcale nie jest z tego gorącego podmuchu zadowolona, możecie mi wierzyć. Także, reasumując, w skrócie - gorący nawiew odpada, zimny jest jak najbardziej okay. Przynajmniej w moim odczuciu : )


4. Tutaj robię poranny edit… ponieważ wpis właściwie dodałam już wczoraj wieczorem. Kiedy dostałam od jednej z Czytelniczek komentarz 'jak podcinam włosy' natchnęło mnie! Przecież ten punkt jest równie ważny jak wszystkie inne w tym wpisie!

Zacznę od tego, że niezmiernie żałuję, że na zakup własnych nożyczek o których pisałyśmy w tym wpisie: http://www.sophieczerymoja.com/2016/03/czy-warto-kupic-nozyczki-jaguar.html
zdecydowałyśmy się tak późno. Wielokrotnie udawałam się do fryzjera w celu podcięcia jedynie końcówek, jak mantrę powtarzając, żeby 'dotarło' - 'proszę tylko centymetr, zapuszczam włosy, rosną mi naprawdę bardzo powoli'. Zwykle w odpowiedzi fryzjer rzucał standardowe hasło pt. 'no cóż, dobrze, ale włosy są tak zniszczone, że nie pomoże im ten jeden centymetr. Tutaj trzeba by było ściąć dużo więcej'. Jak się zapewne domyślacie centymetr o który tak błagałam stał się i tak trzema centymetrami (kiedy to każdy był na wagę złota! ach, te początki!), ale to i tak lepiej w stosunku do poprzednich razy, kiedy nie było mantry 'jeden centymetr, jeden centymetr' i włosy leciały z długości.
Końcówki po cięciu u fryzjera wyglądały u mnie dobrze góra do miesiąca (czasem nawet krócej). Bardzo się dziwiłam, ponieważ pielęgnacja była naprawdę bogata a końcówki szybko się rozdwajały, traciły swój ładny kształt a ja byłam przekonana, że wciąż wina leży po mojej stronie. No cóż, wina pewnie nie leżała jedynie po stronie tępych nożyczek fryzjerskich, ale również po mojej - wiecie, włosowe eksperymenty nie zawsze kończą się sukcesem ;d Kiedy jednak byłam przekonana, że kondycja moich włosów jest naprawdę okay i nie powinny tak szybko się rozdwajać oraz nie powinny się 'tworzyć' białe kuleczki na końcach stwierdziłam, że to z całą pewnością kwestia złego podcięcia. Tzn. sprzętu - cięcie z chwilą zamawiania fryzjera do domu było o tyle przyjemniejsze, że jeden centymetr to był faktycznie jeden centymetr i dużo delikatniejsze obchodzenie się z włosami dało się odczuć. Jak to działa? ;p
Nożyczek Jaguar nie zamieniłabym już na nic innego. Po ich użyciu (i oczywiście poprawnej pielęgnacji) długo zachowują kształt po podcięciu, nie rozdwajają się. Mam pewność, że są ostre jak brzytwa, ponieważ podcinam nimi włosy jedynie sobie i Monice. Także jedną z rzeczy, którą mogę polecić początkującej Włosomaniaczce są właśnie własne nożyczki (bądź kupione na spółkę z koleżanką), ponieważ element cięcia jest bardzo istotny by nie wpaść w 'błędne koło' : )



Jakie Wy popełniałyście błędy na początku włosomaniactwa? : ) Możecie pisać nie tylko te 'niekosmetyczne' - chętnie poczytam! : )

Ulubiony żel do utrwalania włosów, Ola

Ulubiony żel do utrwalania włosów, Ola
Tego posta chciałam napisać od dawien dawna, naprawdę, ale zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. Co najśmieszniejsze, zdjęcia do niego zrobiłam już w zeszłym roku haha! Od tego czasu nic się nie zmieniło, a ja w dalszym ciągu z powodzeniem  (i pewnością, że spisze się na 100%) sięgam po produkt, o którym dzisiaj Wam napiszę coś więcej : )


Żel-utrwalacz cudotwórca, jak to się stało, że wpadł mi w ręce?


Zacznę od tego, że nie próbowałam specjalnie dużo produktów do utrwalania. Pomijając glutek z siemienia lnianego, który, hm, był w miarę okay, ale na włosach krótszych - bardzo lubiłam używać go tuż po masce na jakieś 20 minut pod czepek. Potem został spłukiwany wodą a ja cieszyłam się sypkimi włosami, pełnymi objętości (dlatego tak często sięgamy po niego w Metamorfozach np. w tej: http://www.sophieczerymoja.com/2018/05/wosowa-metamorfoza-cienkich-wosow.html) ;3 Potem próbowałam sprayu DIY opartego na żelatynie o którym pisałam Wam tutaj: http://www.sophieczerymoja.com/2016/07/niedziela-dla-wosow-zelatynowy-spray.html
Było to jakieś wyjście z sytuacji, jednakże było dość czasochłonne a spray działał dobrze tylko zrobiony na świeżo : ) Także szukałam czegoś innego, czegoś gotowego (chociaż wiecie doskonale, że uwielbiam wplatać w swoją pielęgnację kompresy miodowo-oliwne, żel lniany itp. Przy kroku 'stylizacja' złapałam więc lenia!) co będzie działać wręcz spektakularnie... i znalazłam! Żel utrwalający z Natura Siberica (KLIK). Oj, opinie w Internecie na jego temat są podzielone, przyznaję. Sama oglądałam dość zniechęcające posty na blogach publikowane na jego temat, ale postanowiłam spróbować i teraz naprawdę ciężko znaleźć mi na niego godnego zastępcę (Natura Siberica co prawda wypuściła wersję żelu do kręconych włosów i to ona jeszcze mnie kusi do testów - wcześniej czy później tak się stanie).
Najczęstsze opinie to narzekania na to, że żel bardzo skleja włosy przez co stają się niemiłe w dotyku, szorstkie i pozbawione blasku. Dlatego uważam, że kluczowa w tej kwestii jest właśnie aplikacja. Ja robię to zupełnie inaczej - nie ugniatam włosów za pomocą ilości, jedynie, wielkości orzecha laskowego. Robię tak, że pewnie jak to przeczytacie, to nie dacie wiary ;d Chyba powinnam nakręcić filmik z aplikacji na Instagram! ;3

Jak zatem wygląda aplikacja żelu Natura Siberica w moim wydaniu?


U mnie wygląda to tak, że po umyciu włosy zostają całkowicie wysuszone i rozczesane. To jest właśnie idealny 'materiał' pod 'utrwalanie' ;3 Następnie rozdzielam włosy na pół i przerzucam dwie sekcje do przodu - by było mi łatwiej aplikować żel. Wyciskam z tuby pierwszą część żelu. Jest ona w ilości orzecha laskowego, co by nie przesadzić. Rozcieram nieco w dłoniach i aplikuję na pierwszą sekcję włosów, starannie z uwzględnieniem długości (bardziej przy końcówkach), ponieważ to na tym 'odcinku' zależy mi na skręcie najbardziej. Bardzo (!) dokładnie rozczesuję włosy pokryte żelem szczotką wiosłową z Rossmanna, ponieważ po kilku przeczesaniach, żel po prostu 'znika' i o to chodzi! : ) Włosy są sypkie, u mnie żel podbija nabłyszczenie. Na tą samą sekcję ponownie nakładam ilość orzecha laskowego i to samo (i tyle samo razy - mam na myśli przeczesywania do momentu aż żel nie zniknie) robię z drugą sekcją włosów, za każdym razem dokładnie rozczesując włosy pokryte żelem.
Następnie upinam w wysokiego kucyka i jeśli robię koka na skarpecie to kucyk zostanie rozdzielony na pół a każda sekcja dostaje kolejną dawkę żelu (ponownie rozczesywanie, zawsze i wszędzie) - u mnie sprawdza się genialnie w takiej ilości, ważne jest by po każdej aplikacji włosy rozczesywać do tego momentu aż wyschną : )
Wiem, że możecie pomyśleć, że pewnie skończycie z jednym wielkim obklejonym dreadem, ale nie! Taką ilość testowałam również na Monice, która była nieco sceptycznie nastawiona względem ilości (TUTAJ efekt po kręceniu na żel u Moniki). Jeszcze przed publikacją posta poszłam do łazienki by się upewnić, że nakładam tyle żelu ile Wam napisałam 'co do joty' i wszystko się zgadza.
Możecie również pomyśleć, że stosując go w takiej ilości starczy na parę użyć i ja również byłam tego zdania, kiedy aplikowałam go po raz pierwszy, ale ponownie, zaręczam, że jest to produkt przeogromnie (!) wydajny, nawet jak na stosowaną przeze mnie ilość.


Z jakimi produktami żel najlepiej 'współpracuje'?


Powiem tak, pod kręcenie włosów i ich utrwalanie zawsze sięgam po produkty proteinowe a włosy oczyszczam zwykle mocniejszym szamponem z SLS. Robię to dla podbicia efektów, by żel miał bardziej ułatwione zadanie - włosy są bardziej lekkie, nieobciążone a to wróży lepszy skręt.
Także najchętniej stosuję np. szampon Bambi z kaczuszką (oczywiście włosy uprzednio olejuję najchętniej kamelią KLIK), a następnie aplikuję chociażby moją ulubioną bombę proteinową jaką jest balsam z Karelia Organica z fitokeratyną (KLIK). Drugą ulubioną maską (właściwie pierwszą, ponieważ balsam z Karelia Organica jest balsamem) pod żel jest maska Ekos z proteinami z nasion moringa (KLIK) - wtedy uzyskuję ładne, trwałe, wygładzone loki. Dobrze sprawa się też do tego celu odżywka Ekos (KLIK), bądź balsam Anthyllis (KLIK). Czasem aplikuję żel na włosy umyte jedynie szamponem Bambi, ponieważ mam to szczęście, że po jego użyciu włosy są puszyste i naprawdę gładkie jak na użycie samego szamponu.
Schemat olej a następnie samo mycie bądź ewentualnie maska daje najlepsze efekty i ważne jest by włosów niepotrzebnie nie obciążać zanadto. Kiedy włosy są zakręcone (np. na skarpetę), koczek zostaje podsuszany ciepłym nawiewem przez jakiś czas (u mnie zwykle 5-10 minut) dla zwiększenia efektów ; ) Zwykle koczek ląduje na noc, także włosy mają dużo czasu by się pokręcić i utrwalić swój skręt. Kręcąc na papiloty nie potrzebujecie aplikować aż tyle żelu (dobierzcie dla siebie odpowiednią ilość, ja pokazuję Wam jedynie, że ciężko z nim przesadzić), ponieważ jest to wersja dopasowana do osiągnięcia grubych, leniwie opadających fal, które jak wiecie nie cieszą się długą żywotnością jak mocno skręcone spiralki, stąd taki ciąg logicznych czynności ;d

Zdjęcia włosów po aplikacji żelu:

W ogóle musicie mi wybaczyć te pyłki na sukience! Możecie mi wierzyć, że kiedy robiłam zdjęcia nawet tego nie widziałam, dopiero a komputerze, po powiększeniu... ;d

Kosmetyki do makijażu marki Neve Cosmetics: podkład w kompakcie, puder matujący i pomadka

Kosmetyki do makijażu marki Neve Cosmetics: podkład w kompakcie, puder matujący i pomadka
Kosmetyków mineralnych do makijażu używamy już od kilku lat. Ola zaraziła mnie nimi dwa lata temu i od tej pory nie gości na mojej twarzy żaden podkład drogeryjny napakowany silikonami i innymi niepotrzebnymi składnikami.
Moja skóra nie od razu polubiła się z taką formą makijażu i dlatego jeśli tylko mam okazję zamówić próbki różnych firm to chętnie testuję.
Po wielu 'skokach w bok' wróciłam jednak do Annabelle Minerals i ich podkładu kryjącego (do kupienia TUTAJ), który stanowi podstawę mojego makijażu.
Minerały nie trzymają się na mojej twarzy aż tak dobrze, jak robiły to klasyczne płynne podkłady, dlatego na specjalne okazje, kiedy makijaż musi wyglądać długo nieskazitelnie wybieram bazę Neve (KLIK) lub primer glinkowy Annabelle Minerals.



Podkład w kompakcie - bestseller sklepów internetowych. Czy u mnie też się sprawdził? 



Kiedy natrafiłam na pozytywne opinie o podkładzie w kompakcie marki Neve postanowiłam go zamówić (został kupiony TUTAJ).
Skład nie jest już tak prosty jak w przypadku formuły sypkiej, ale i tak jest lepszy niż większości łatwo dostępnych produktów.
Po zapoznaniu się z kolorami zdecydowałam się na odcień Light Neutral. Jaśniejszy był tylko jeden odcień opisywany jako "gotycki", co mnie zniechęciło, ponieważ nie w smak mi wyglądać trupio.
Kolor, niestety, okazał się nieco za ciemny i kiedy zaaplikowałam produkt na całą twarz odcinał się od szyi. Tonacja jest też zbyt  pomarańczowa.


Po kilku razach darowałam sobie stosowanie tego produktu na całą twarz. Z kilku powodów:

- nieodpowiednia kolorystyka
- zbyt małe krycie
- podkład tylko wyrównywał koloryt, ale nie zakrywał wiele. Może gdybym nakładała go jakoś inaczej?
- nakładany flat topem bardzo pylił, przez co marnuje się dużo produktu
- średnia trwałość. U mnie zaczął się lekko świecić już po godzinie, a po 5 nadawał się do porządnej poprawki.
Zaznaczam jednak, że moja skóra jest bardzo wymagająca, a podkład w internecie zbiera pozytywne opinie.


Z plusów mogę wymienić bardzo ładne, dobrze wykonane z porządnego plastiku opakowanie, które dodatkowo zawiera lusterko.
Jak wykorzystuje podkład teraz?
Ponieważ nie lubię marnować kosmetyków noszę go w torebce i wykorzystuje do drobnych poprawek w ciągu dnia, jeśli takie są potrzebne. W tej roli spisuje się świetnie. Nałożony w niewielkiej ilości na przypudrowaną i zmatowioną skórę daje lekkie krycie w miejscach, gdzie podkład się starł, a kolor ładnie się dopasowuje.
Najczęściej pudruje nim nos i brodę.

Puder matujący i pomadka mineralna Almond Cookie


W przypadku tych dwóch kosmetyków nie mam nic do zarzucenia i bardzo je polubiłam. Puder (KLIK) zużyłam do końca stosując go do wykańczania makijażu.
Rzeczywiście ładnie radził sobie z utrzymaniem matu, a do tego nieco utrwalał makijaż. Pomimo tego, że jest biały to nie bielił, a na skórze stawał się transparentny i niewidoczny.


Nie dawał efektu ściągnięcia skóry, nawet pod oczami. Ładnie wygładzał skórę i maskował rozszerzone pory.
Na pewno kiedyś jeszcze do niego wrócę.
Jedyny minus to mała pojemność - tylko 4 gramy.
Kusi mnie jeszcze wersja Hollywood (KLIK).

Pomadka to produkt mocno kremowy i dobrze napigmentowany. Nie jest to pół kryjąca pomadka, którą można się pomalować bez lusterka.
Ja zdecydowałam się na jeden z bardziej neutralnych kolorów Almond Cookie (KLIK), który wcale taki neutralny nie jest. Dla mnie to wciąż kolor dzienny, ale nie jest typowym nude.
Opisałabym go jako biszkoptowy z nutą brzoskwini i domieszką rdzawego brązu.
Pomadkę bardzo polubiłam za właściwości nawilżające. Działa ona na moje usta niczym najlepszy balsam. Po zmyciu wyglądają lepiej niż przed jej nałożeniem.
Trwałość jest całkiem okay, pod warunkiem, że nie jemy. Po posiłku należy ją poprawić, ale nie stanowi to problemu, ponieważ nie waży się, nie roluje.


Dodatkowym plusem jest ładne porządne opakowanie, a także przyjemny waniliowy zapach.

Chętnie wybiorę coś z pozostałych kolorów.

M.