Popularne posty

Dwa ulubione produkty emolientowe - maska i balsam

Dwa ulubione produkty emolientowe - maska i balsam
Najczęściej stosowane są przeze mnie w pielęgnacji włosów produkty emolientowe. Moje włosy mają na nie największe zapotrzebowanie.
Sporadycznie sięgam po produkty proteinowe, choć zamierzam nieco to zmienić w najbliższym czasie ze względu na podcięcie włosów. Chciałabym częściej je kręcić, a jak wiadomo proteiny podbijają skręt.


Po maski nawilżające sięgam w momencie przeproteinowania, kiedy włosy stają się wyraźniej sztywne i szorstkie. Ulubiona Omia KLIK radzi sobie z tym problemem w 2 minuty.
Ostatnio stosuję dwa produkty typowo emolientowe, z których działania jestem bardzo zadowolona i chciałabym je Wam przedstawić. 

Maska Tajska Planeta Organica 


Tej maski nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Prawie każdy albo słyszał albo stosował maski Planeta Organica. Moimi pewniakami są Marokańska (KLIK) i Toskańska (KLIK). Nigdy nie kusiły mnie inne wersje i teraz żałuję.


Po maskę Tajską (KLIK) sięgnęłam jeszcze przed skróceniem włosów, więc sprawdziłam ją także na mocniej wymagających końcach. Sprawdza się rewelacyjnie także teraz.
Co ją wyróżnia?
Gęsta, maślana konsystencja, delikatny zapach, duża wydajność. To cechy wszystkich masek tej firmy. 
Nakładam ją po myciu włosów na 2, 3 minuty. Od razu po nałożeniu włosy są mięciutkie i łatwo przeczesać je palcami. Co mnie najbardziej cieszy to niesamowite ułatwienie rozczesywania i dziecięca wręcz miękkość po wysuszeniu
Kiedy użyłam ją pierwszy raz nie mogłam wyjść z podziwu i ciągle dotykałam swoich włosów.
Kolejny plus kosmetyku to nadanie blasku i sypkości. O nabłyszczeniu wspominała także Ola, która stosowała tą maskę dużo wcześniej niż ja
Fryzura po niej jest leciutka, świeża, włosy nie obciążone, a wręcz przeciwnie. Do tego nawet w ciągu dnia czy na drugi dzień łatwiej je rozczesać. 
Nie polecam jej dla włosów mocno zniszczonych, bowiem może być za lekka. Wtedy sięgnijcie po marokańska lub toskańską. 
Dla mnie to idealna maska na co dzień, którą stosuję zamiennie z balsamem, o którym za chwilę.

W składzie maski mamy: olej jojoba, olej ylang-ylang, ekstrakt z lotosu, ekstrakt z tamaryndowca, olej z mango, ekstrakt z akacji, ekstrakt z różowej orchidei. Dodatkiem jest lekki silikon.

Cafe Mimi  balsam "Ochrona Koloru" 


Balsam z Cafe Mimi to nowość, którą od niedawna można kupić. Znajdziecie ją także w naszym sklepie KLIK 
Po pierwszych sygnałach z Waszej strony wiemy, że produkty te są godne wypróbowania. Ja jak na razie używałam tylko tej jednej wersji, ale na pewno spróbuję innych. 
Zdecydowałam się na "Ochronę Koloru", ponieważ nie zawiera protein i ma mocno emolientowy skład, czyli idealny do częstego stosowania.


Opakowanie to miękka gruba folia, którą można łatwo zgnieść by wydobyć resztki produktu. Początkowo miałam obawy czy będzie to wygodne w stosowaniu pod prysznicem, ale nie sprawia kłopotów. 
Delikatny zapach przypominający krem dla dzieci lub krem Nivea i gęsta, kremowa konsystencja także na plus.
Balsam jest całkiem wydajny - stosuję go od miesiąca i jestem prawie w połowie.
Jego działanie to głównie zmiękczenie, powleczenie włosów ochronną powłoczką, a także nawilżenie, ponieważ zawiera również humektanty
Jednak dzięki temu, że nie są one na początku składu nie puszą włosów i nie trzeba aż tak się ich bać nawet w wilgotne dni. 
Duża dawka olejów (Awokado, Masło Shea) i emolientów tłustych (Cetearyl Alcohol, Caprylic/Capric Triglyceride) oraz lekki silikon zmywalny łagodnym detergentem zatrzymują nawilżenie we włosie i zapobiegają puszeniu. 
Włosy po użyciu balsamu na dosłownie chwilę od razu stają się miękkie i łatwiej się rozczesują. Po wysuszeniu zachowują swoją lekkość i objętość, ale jednocześnie są miłe w dotyku i odżywione aż po same końce.

Z powodu ogromnej ilości nowych włosków, które są różnej długości, włosy zaczęły mi mocniej odstawać na długości, szczególnie od góry, gdzie jest ich najwięcej.
Południowe słońce podkreśla to zdecydowanie jeszcze bardziej.


M.


A Wy jakie produkty emolientowe obecnie stosujecie? : )

Sattva Ciemny blond+Rabarbar Phitofilos - dlaczego więcej nie sięgnę po Sattvę

Sattva Ciemny blond+Rabarbar Phitofilos - dlaczego więcej nie sięgnę po Sattvę
Włosów nie farbowałam mniej więcej od 20 kwietnia, kiedy to użyłam mieszanki Phitofilos Rosso Ciliegia (KLIK). Po tej miksturze otrzymałam dość ciemny kolor czerwonej miedzi, który bardzo mi się podobał i na pewno do niego wrócę.
Po koloryzacji włosy były w świetnej formie. Ewidentnie była to zasługa znajdujących się tam ziół - nigdy jeszcze nie miałam po spłukaniu ziół samą wodą tak miękkich i gładkich włosów. Najchętniej użyłabym tego ponownie, ale lato i ciepła pogoda spowodowały chęć zmian na głowie.
Z tego powodu skróciłam włosy i z tego powodu chciałam rozjaśnić nieco mój kolorek.
Już miesiąc temu nałożyłam ponownie Rabarbar (KLIK), który ładnie ściągnął z moich włosów ciemniejsze tony i rozpromienił kolor złoto-miedzianymi refleksami. Niestety nie rusza mojego naturalnego odrostu, dlatego po ponad 2,5 miesiąca nie farbowania musiałam go zakryć, ponieważ miał ponad 3 cm i nie wyglądało to już estetycznie.

Etap pierwszy - farba chemiczna Allwaves na odrost 


Zawsze staram się dopasować kolor farby, którą farbuję odrost do koloru, który będę kładła na całe włosy w drugim etapie koloryzacji.
Niestety tym razem popłynęłam ;d... ponieważ w domu zalegało mi pół tubki farby w kolorze złotego blondu sprzed roku, kiedy rozjaśniałam włosy, postanowiłam, że użyję tego zamiast zamówić rudy kolor.
Jak zawsze użyłam wody 6% i odrost został pokryty na około 25 min. Skróciłam nieco czas z obawy, że włosy będą zbyt jasne i zbyt złote.
Niestety niewiele to dało i po spłukaniu i wysuszeniu kolor góry odcinał się od reszty. Nie martwiłam się tym zbytnio, ponieważ różnica nie była aż tak duża, a ja kolejnego dnia planowałam nałożenie ziółek.

Drugi etap - Sattva Ciemny blond z Rabarbarem i henną


Zdecydowałam się na Sattvę głównie dlatego, że nigdy jej nie stosowałam i byłam jej ciekawa. Trzy lata temu stosowałam Swati i byłam bardzo zadowolona, więc bez obaw sięgnęłam po nową wersję tej henny.
Ola regularnie robi nią swoje dwuetapowe farbowanie i nigdy się nie skarżyła. 
Sięgnęłam po wersję Ciemny blond (KLIK), ponieważ jak wspomniałam na początku, chciałam, by kolor nieco się rozjaśnił. 

Skład prezentuje się następująco: Cassia Obovata, Henna, Rumianek pospolity, Aksamitka, Strączyniec Cewiasty, Amla, Neem, Kurkuma.

Myślałam więc, że będzie to mieszanka składająca się mniej więcej z 75% z Cassii, 20% Henny i 5% innych dodatków. 
Po otwarciu opakowania nieco się zdziwiłam, ponieważ kolor proszku przypominał zielone jabłuszko i nie miał nic wspólnego z henną. 
Rozmieszałam zioła z wcześniej ugotowanym glutkiem lnianym i tu pojawił się kolejny problem - mnóstwo grudek, bardzo zła konsystencja. Mimo długiego mieszania nic się nie zmieniało. Dosypałam do mieszanki około 5 łyżek Rabarbaru Phitofilos (KLIK) i dolałam resztę glutka. Konsystencja minimalnie się poprawiła, ale grudki dalej były.
Mieszanka w ogóle za to nie barwiła. Oczywiście wiem, że potrzeba na to czasu, by zioła puściły barwnik, ale znam takie, które barwią od razu i na to samo liczyłam. Niestety, w tej mieszance henny jest jak na lekarstwo i żeby uzyskać jakikolwiek kolor na moich włosach dosypałam czystej henny innej marki, którą miałam otwartą w domu. Dodałam jej około 5 łyżek.
Nie miałam czasu czekać zbyt długo - dodałam więc jeszcze płaską łyżeczkę kwasku cytrynowego i odstawiłam pod przykryciem na pół godziny. 
Po tym czasie uzyskałam minimalną ilość barwnika i rozpoczęłam nakładanie, które okazało się być piekłem. Dawno już tak się nie nadenerwowałam podczas aplikowania ziół. Ostatni raz taki chaos zafundowała mi rubia Hesh (KLIK), która spadała wszędzie, tworzyła większe i mniejsze grudki, miała tępą konsystencję. 
Henna Sattva mimo rozrobienia jej na glutku lnianym w ogóle nie miała poślizgu, była tępa i ciężko było nałożyć ją na włosy.
Pomimo tego, że włosy skróciłam o 17 cm to ponad 200 gram ziół ledwo mi starczyło. Farbując Erbe di Janas czy Phitofilos na dłuższe włosy, przed obcięciem wystarczało mi spokojnie 150 gram. 
To nie koniec negatywów niestety. Kolejnym kłopotem było wysiedzenie z mieszanką zamierzony czas. Przez całe 3 godziny musiałam siedzieć z dodatkowym ręcznikiem, ponieważ ciągle coś spływało i ciekło. 
Na deser jeszcze jeden minus - spłukiwanie. Dawno nie musiałam tak długo spłukiwać ziół z włosów. Ostatni raz było to chyba przy okazji stosowania Impaccto Emoliente. Mimo długiego spłukiwania nie obeszło się bez zastosowania balsamu na włosy. Nie chciałam myć ich szamponem, ale nie mogłam zostawić na włosach kawałków henny. Niewielką ilość mojego ostatniego ulubieńca balsamu Cafe Mimi (KLIK) zaaplikowałam na włosy od ucha w dół. Nie nakładałam nic na górę, którą wyszła jaśniejsza niż reszta włosów, ponieważ liczyłam na to, że nieco ściemnieje. 

Efekty i moje podsumowanie Henny Sattva


Po tak wielu negatywach czas na efekty. Włosy mimo, że po ulubionym balsamie, ciężko się rozczesywały, były przesuszone i sianowate. Kiedy wyschły wyglądały już lepiej, choć nie tak idealnie jak po ulubionych ziołach. Kolor z początku mnie nie urzekł - widziałam tylko jaśniejszą górę, która wpada mocniej w złote tony i prawie nie zmieniony kolor długości.


Na szczęście kolor nieco się utlenił i teraz po 3 dniach podoba mi się bardziej. 
Całość rozjaśniła się dzięki dodatkowi rabarbaru, nabrała cieplejszego połysku. Już prawie nie widzę po nich, że były niedawno w odcieniu chłodnej czerwieni. 
Sporo jaśniejsza góra włosów ładnie stopiła się z resztą i nie rzuca się w oczy. 

Henny Sattva jednak więcej już nie wykorzystam. Przez nią poczułam się, jakbym cofnęła się o kilka lat na sam początek mojej przygody z hennowaniem. Być może inne mieszanki są lepsze. Ciemny blond mnie rozczarował. 
Cieszę się, że teraz znam już lepsze zioła, których używanie to sama przyjemność. Wśród nich jest Light Mountain, Erbe di Janas i Phitofilos. Mercedesy wśród ziołowej koloryzacji. 

OBCIĘŁAM WŁOSY - zdjęcia z nową długością, dlaczego skróciłam włosy, czy żałuję?

OBCIĘŁAM WŁOSY - zdjęcia z nową długością, dlaczego skróciłam włosy, czy żałuję?
Tego chyba nikt się po mnie nie spodziewał. Ja sama dalej jestem zszokowana swoją nową fryzurą i tym jak spontanicznie się to wydarzyło.
Właściwie nie dałam sobie dużo czasu na zastanowienie. Myśl o skróceniu włosów chodziła za mną od kilku miesięcy - praktycznie od kiedy zaczęły się moje problemy z nimi, o których wspominam Wam od początku roku.
Ciągła walka ze szczotką, rozczesywanie, które czasem trwało nawet godzinę - to musiało mnie skłonić do takich myśli.
Włosy nie wyglądały idealnie prawie nigdy. Sprawdzone kosmetyki przestawały działać, nie umiałam dopasować im także nic nowego.
Jedynymi pewniakami usuwającymi kołtuny były i są nadal kosmetyki Ekos (KLIK) i Anthyllis (KLIK).
W ostatnich tygodniach jednak zaczęło się to uspokajać do tego stopnia, że włosy prawie wróciły do swojej poprzedniej formy.
Bad Hair Day pojawiały się coraz rzadziej, a wcześniejsze bestsellery znów wróciły do użycia.
Wśród nich na nowo rozkochałam się w maskach Omia - szczególnie arganowej (KLIK), oleju kameliowym (KLIK) i arganowym (KLIK), masce Marokańskiej (KLIK), a ostatnio także Tajskiej (KLIK).

Problemy włosów sięgających pasa i dłuższych  



Skoro więc było tak dobrze to czemu obcięłam włosy? Możecie myśleć łapiąc się za głowę. Tak jak wspomniałam wszystko wydarzyło się spontanicznie, podczas spaceru.
Włosy przed cięciem:



Spacerując z Olą po parku w dość ciepłą pogodę przyłapałam się na tym, że znów mam spięte włosy w warkocz. Od słowa do słowa doszłam do wniosku, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a może nawet blisko roku, na palcach obu rąk można policzyć ile razy miałam rozpuszczone włosy na dłużej niż chwilę
Najczęściej wyglądało to tak: mycie, suszenie i od razu koczek lub warkocz. Czasem na chwilę rozpuszczałam włosy wychodząc z domu na jakieś spotkanie, by potem znów od razu je związać. Jesień i zima to dla mnie zawsze czas większej dbałości o spinanie włosów, więc cierpliwie czekałam do wiosny, by jak zawsze móc korzystać z "wiatru we włosach".
Okazało się jednak, że podstawowa fryzura się nie zmieniła, a kiedy rozpuszczałam włosy marzyłam tylko o tym, by zaraz je spiąć choćby w niski kucyk, szczególnie kiedy zawiał wiatr, a ja potem walczyłam kilkanaście minut ze szczotką, by się rozczesać. 
Podobnie sytuacja wyglądała w domowych pieleszach - krótka drzemka w rozpuszczonych włosach kończyła się owinięciem wokół własnych włosów, jeszcze gorzej, kiedy śpi się z kimś. 
Podczas sprzątania czy gotowania włosy były wszędzie przy każdym pochyleniu.
Mycie i suszenie zajmowały mi ponad godzinę czasu, więc nie było mowy by gdzieś na szybko się wyszykować. 
Straciłam całą przyjemność i frajdę, która wcześniej wiązała się z zapuszczaniem włosów. Stały się one dla mnie uciążliwe i problematyczne.


Obcięłam 17 cm włosów



Zaraz po powrocie ze spaceru Ola spytała mnie: "To obcinamy?" Nie zastanawiając się długo powiedziałam, że tak. Została tylko kwestia centymetrów.
Początkowo miało być 10 cm, ale po przyłożeniu miary krawieckiej doszłyśmy do wniosku, że nie będzie to dla mnie zbyt odczuwalna różnica.
Stanęło na 15 cm obciętych w związanej kitce + kilku cm na wyrównanie. Łącznie straciłam ich ok. 17.

Jak się czuję z nową długością, czy żałuję?


Od samego początku jestem zadowolona i to bardzo. Zdziwiłam się nawet, że aż tak dobrze się czuję, ponieważ myślałam, że będę żałować i będzie mi zwyczajnie przykro.
W głowie oczywiście mam wspomnienie długich włosów i patrzę z lekką zazdrością teraz na długość, którą ma Ola.
Argumentem, który mnie skłonił do obcięcia nie był zły wygląd czy inne niedoskonałości włosów, więc ciężko mi ocenić, czy wizualnie coś zyskały. Raczej nie, ponieważ dalej są tak samo zdrowe, gęste aż po same końce.
Tego nigdy im nie mogłam odmówić, więc nie widzę zmiany na plus.


Natomiast plączą się o wiele mniej, mimo tego, że już przed obcięciem mniej się plątały, to jednak teraz ten problem prawie mnie nie dotyczy. Jak na razie po myciu rozczesują się błyskawicznie, w ciągu dnia mimo tego, że chodzę w rozpuszczonych, także nie tworzą się kołtuny i w większości sytuacji mogę przeczesać włosy palcami aż po same końce bez rozczesywania szczotką.
Mycie i suszenie nie skróciło się diametralnie, na co trochę liczyłam. Na pewno zużycie masek i odżywek będzie wolniejsze, ponieważ z przyzwyczajenia dziś nałożyłam za dużo maski Tajskiej (KLIK) - tyle ile nakładałam jeszcze kilka dni temu, a ona aż spływała z włosów.
Na szczęście jest na tyle lekka, że nie obciążyła ich mimo to.
Przede mną czas przyzwyczajenia się do nowej sytuacji. To dla mnie taki powrót do przeszłości. Tak krótkich włosów nie miałam już dawno, od około 3 lat.


Jak oceniacie moją decyzję? Podoba Wam się nowa długość? Czy może mam zapuszczać na nowo? :d

M.

Czas na włosy, nowości w użyciu, Ola

Czas na włosy, nowości w użyciu, Ola
Powiem Wam szczerze, że odkąd znalazłam włosowych ulubieńców jak na przykład: olej kameliowy (KLIK), maska Ekos (KLIK), odżywka Anthyllis (KLIK) ciężko mi jest 'chwycić' za nowe produkty (a przecież tak bardzo lubię testować nowości!), które, niestety, nie zachwycają mnie w 100%. Ostatnimi czasy również celowo zaniedbałam włosy by zobaczyć jak będą tracić na kondycji - pierwsze co rzuca mi się w oczy (i czuję to pod rękami) to szorstkość, większa matowość, plątanie oraz więcej rozdwojonych końcówek. Jak łatwo zaprzepaścić efekt jaki się uzyska ciężką 'pracą' nad włosami!. Oczywiście jest to kontrolowane i szybko uda mi się wrócić do dawnej kondycji (chociażby przez podcięcie większej ilości centymetrów - zamiast jednego może trzy, cztery?), ale chciałam również dzięki temu sprawdzić jak nowości będą się sprawdzać na włosach potrzebujących czegoś więcej niż typowego 'mycie i odżywka'. Nie, to nie dlatego, że oszalałam ;d
Dziś przygotowałam 'zestawienie' - włosy dzień po dniu po tym samym zestawie kosmetyków. Najwyraźniej pierwszego dnia miały ewidentnie włosowego 'focha', ponieważ uzyskałam na nich miękkość a zdjęcie, mimo ukochanego koczka, wyszło mocno średnio. Zbiły się w jakieś dziwne strąki, hm. Dziwię się zatem dlaczego na zdjęciach to nie było 'to'... ale od początku!

Masło babassu, masło, które będę testować w najbliższym czasie


Na użycie masła babassu miałam ochotę już od dłuższego czasu. Kiedy jednak miałam w posiadaniu olej kameliowy, ciężko mi było chwycić za coś nieznanego, dlatego jedynym rozsądnym rozwiązaniem było pozbawić się kamelii na jakiś czas i nie iść na 'łatwiznę'. Pamiętam jak masło babassu zachwalała Monika - dawało piękny efekt na jej włosach. Ja jestem po dwóch jego użyciach i sama nie wiem czy na chwilę obecną moim włosom pasuje czy też nie. Muszę go użyć w zestawieniu z jakąś bardziej ubogą maską, ponieważ uważam, że za efekt błyszczących i miękkich włosów (choć z tego co dotykała Monika nie są one tak miękkie jak po moich ulubieńcach - pod czym się podpisuję) jest odpowiedzialna użyta maska fitness. Z racji tego, że kupiłam jego pełen słoiczek będę go w najbliższym czasie intensywnie nakładać. Na pewno dam Wam znać jakie mam odczucia względem jego stosowania : )

Przebieg włosowego SPA


Włosy zostały jak zawsze dokładnie rozczesane z pomocą wspomnianego masła babassu (KLIK) oraz szczotki wiosłowej z Rossmanna na sucho (jak zwykle). Z poprzedniego bloga pamiętacie zapewne, że najpierw włosy, przed włosowym SPA, oczyszczałam SLS a później dopiero nakładałam olej. Był on aplikowany na lekko wilgotne włosy, ponieważ nie miałam wtedy suszarki by aplikować na suche. Jednak olejowanie na lekko wilgotne, oczyszczone włosy przynosiło efekty optymalne : )...ale wracając: trwało to około 25 minut, ponieważ dokładnie przeczesywałam pasmo po paśmie by dotrzeć wszędzie. Dodatkowo powiem Wam, że moje włosy szybko utłuściły się dość skromną ilością masła babassu co dla niektórych zaiste będzie dużym plusem (wydajność!). Masło 'przeleżało' na włosach około 4 godzin i po tym czasie przyszedł czas na mycie. Włosy były dość mocno naolejowane, więc przy pierwszym użyciu nowego szamponu EcoLab (wersja do włosów farbowanych, dokładnie TAKA) moje wątpliwości czy włosy zostaną domyte były ogromne. Szampon jest dość lejący, czego przyznam nie lubię, ale rekompensuje to ogrom piany jaka się wytwarza przy myciu. Włosy po dwukrotnym użyciu były bardzo miękkie i mocno błyszczące (taki typowy widok (i dotyk) niedomytych z oleju włosów), że wiedziałam, że po wysuszeniu pójdą zapewne w warkocz a rano do ponownego mycia. Jakże się myliłam! : )
Na umyte włosy nałożyłam gęstą, maślaną maskę fitness (KLIK). Może stosuje się ją np. po treningu? ;d Dba się zarówno o boskie (choć w moim przypadku to bardzo wątpliwe) ciało trenując a po treningu o piękne włosy? ;d Nazwa mało udana, ale rekompensuje to działanie maski. Na początku przeraził mnie olej migdałowy na początku składu, ale w efekcie czułam się jak po zmieszaniu oleju z maską (tzn. miałam takie odczucia już po wysuszeniu włosów). Włosy długo schły (co wtenczas podbijało moje obawy o niedomyte włosy i wizję splatania ich w warkocz), więc suszenie chłodnym nawiewem zajęło około 35-40 minut. Włosy po wysuszeniu zyskały na objętości, łatwo się rozczesały i poczułam ten charakterystyczny efekt, kiedy szczotka łatwo wchodzi w długość, jak po masce z dodatkiem oleju. Efekt jednak, mimo, że bardzo mi się podoba nie jest dla mnie : ( Nie wiem czy zadziała tak każda maska fitness, ale na drugi dzień od mycia moje włosy stają się kompletnie nieświeże jakbym nie myła ich jakiś tydzień. Wiecie, że w moim przypadku to 'absurd', ponieważ mogę nie myć włosów 4 dni i wyglądają okay. Przysięgam, że nawet nakładając maski z dodatkiem olejów u nasady (a maską fitness ogarnęłam nasadę tylko przy spłukiwaniu - dotknęłam nasady długością włosów) nie miałam takich doznań jak po jej użyciu. Jak wiece jest to porównanie, więc dodam, że przy drugim zastosowaniu miałam dokładnie takie same spostrzeżenia, a maska praktycznie nie dotknęła już włosów u nasady. Obawiam się, że na cienkich, przetłuszczających się włosach byłby to istny armagedon ;d
Kwestia zdjęć. Do pierwszego były zawinięte na koczek i stwierdzam, że to chyba najgorsza wersja moich włosów po koczku.


Czyżby użyty zestaw na czele z maską fitness jednak nie dał rady? Kolejne zdjęcia (bez słońca) to już kręcenie na papier do pieczenia dwóch sekcji włosów z końskiego ogona. Wypadło to już dużo, dużo lepiej (do następnego dnia, kiedy włosy się okrutnie przetłuściły). Z całą pewnością nie jest to zestaw-pewniak, więc szukamy ideału wśród nowości w dalszym ciągu : )


o.

Czas dla włosów, Monika: Kilka nowości w użyciu - olej z pestek moreli, nowy szampon EcoLab

Czas dla włosów, Monika: Kilka nowości w użyciu - olej z pestek moreli, nowy szampon EcoLab
Z racji kilku nowości, które trafiły do naszego sklepu postanowiłam stworzyć post, w którym pokazałabym je Wam, przedstawiła, a przede wszystkim zaprezentowała jak zadziałały na moje włosy.
Odkąd na blogu nie pojawiają się posty z cyklu "Niedziela dla włosów" brakuje takiej tematyki.
Dziś post z cyklu"pierwsze wrażenia".



Pierwsze testy oleju z pestek moreli 



Ostatnio podchodzę z dystansem do nowych olejów. Mało co ostatnio działało pozytywnie na moje włosy i trochę się zraziłam.
Poza tym włosy zdrowe nie potrzebują olejowania aż tak często, co bardzo mnie cieszy. Zdarza mi się nie nakładać teraz olejów nawet przez dwa tygodnie i nie odczuwam większej różnicy w kondycji.
Jeśli już olej aplikuję to liczę na efekt WOW.
Czy olej z pestek moreli mi go daje?
Ciężko powiedzieć, ponieważ użyłam go dopiero dwa razy... ale od początku.
Olejek zapakowany jest do małej buteleczki 30 ml (KLIK). Taka pojemność jest idealna na początek, ponieważ można sprawdzić, jak dany olej zadziała.
Przyznam się Wam, że ja jestem bardzo ekonomiczna w kwestii kosmetyków i dlatego cenię sobie takie małe pojemności, ponieważ przy zakupie pełnowymiarowego produktu np. 150 ml potrafię go męczyć nawet rok czy dłużej.
W czasach, kiedy olejowałam włosy codziennie zużywanie produktów szło mi dużo szybciej. Teraz doceniam małe pojemności. Za to zużywam więcej masek i odżywek niż kiedyś, przez co duże opakowanie jak np. maska Ekos (KLIK) są dla mnie wybawieniem.
Olejek niestety nie pachnie, na co po cichu liczyłam ;d
Na moje włosy zużywam jednokrotnie około dwóch łyżek. Najpierw rozczesałam je dokładnie szczotką, po czym zaaplikowałam jedną porcję i zaczęłam rozczesywać włosy pokryte olejem. Po kilku minutach dołożyłam jeszcze jedną porcję na końcówki.
Włosy już w trakcie olejowania stawały się bardziej miękkie. To zazwyczaj zwiastuje, że olej będzie dobrze działał.
Włosy zawinęłam w koczka na godzinę i po tym czasie poszłam je umyć. Ostatnio decyduje się tylko na takie krótkie olejowanie.



Szampon i maska EcoLab - duet doskonały



Do mycia wykorzystałam Szampon EcoLab ochrona włosów farbowanych (KLIK). Po niezbyt udanym kontakcie z wersją laminującą (KLIK) spróbowałam tej do farbowanych i był to strzał w dziesiątkę.
Kosmetyk ma tylko jedną wadę - bardzo lejącą, rzadką konsystencję. Mimo to jednak świetnie się pieni, dobrze myje i ma piękny, orientalny zapach, który długo utrzymuje się na włosach.
Dwukrotnie mycie nie przesusza włosów, nie sprawia, że stają się trudne do rozczesania. Po samym szamponie są miękkie i dają się rozczesać bez większych kłopotów.
Jedynym produktem, który nie jest nowością i mogłyście już o niej poczytać u nas KLIK to maska Laminująca EcoLab (KLIK). W przeciwieństwie do szamponu z tej linii sprawdza się świetnie.
Nie zawiera protein, więc mogę ją stosować praktycznie bez ograniczeń. Włosy po niej są miękkie, gładkie, a przede wszystkim błyszczące. Za tytułowy efekt laminowania odpowiadają kwasy owocowe, które zamykają łuskę włosa, wygładzają i tym samym zwiększają blask.
W moim przypadku wystarczy minuta, dwie z tym produktem na włosach, by cieszyć się satysfakcjonującym efektem.

Suszenie i zabezpieczanie 


Włosy wysuszyłam chłodnym nawiewem i pozwoliłam im doschnąć naturalnie na świeżym powietrzu. Uwielbiam suszyć włosy w ogrodzie, kiedy świeci słońce i wieje delikatny wiatr. O ile po suszeniu w domu bez suszarki kosmyki są przyklapnięte i bez życia, tak suszenie na dworze to całkiem inna bajka.
Po wysuszeniu włosy zabezpieczyłam serum aloesowym Dr. Sante (KLIK). Zawsze jak ognia unikałam tańszych produktów do zabezpieczania, ponieważ na uwrażliwionych włosach nie sprawdzały się. Obecnie mogę sobie na nie pozwolić i stosuję zamiennie z olejem np. z pestek śliwki. Choć zamierzam także przetestować w tym celu olej z pestek moreli.
Włosy zawinęła mi Ola w koczka na skarpetę - tym razem to ja zakochałam się w efekcie jaki daje na moich włosach. Cały czas ćwiczę by loki wychodziły piękne : )

Najlepsza maseczka do twarzy EVER - Chic Chiq à la Rose

Najlepsza maseczka do twarzy EVER - Chic Chiq à la Rose
Możecie być pewne, że kiedy na blogu pojawia się wpis o kosmetyku nie dotyczącym tematyki włosowej to będzie to prawdziwy hit.
Niegdyś nie stosowałam regularnie maseczek do twarzy. Około rok temu nastąpił przełom i zmuszałam się do nakładania ich. Zniechęcało mnie to jednak po jakimś czasie i brakowało mi regularności. Nie mogę zaprzeczyć temu, że stosując je systematycznie widziałam całkiem miłe efekty, ale brakowało mi tego "czegoś" zaraz po użyciu
Wszystko się zmieniło, odkąd na mojej toaletce zamieszkało to piękne bambusowe opakowanie.


Dlaczego maska Chic Chiq? Jak je poznałam?


Maseczki marki Chic Chiq zobaczyłam po raz pierwszy na Instagramie. Zainteresowały mnie od razu, ale cena skutecznie mnie zniechęcała.
Dostępne są oczywiście mniejsze i tańsze opakowania, ale jako, że ja zazwyczaj nie robię zakupów przez internet, a jeśli robię to tylko w jednym sklepie KLIK, w którym niestety maseczek nie ma, to nie było mi dane ich spróbować. 
Kiedy więc zbliżały się moje urodziny i mój mąż zapytał co chciałabym dostać przy okazji prezentu, wymieniłam również maseczkę tej firmy. 
Początkowo wybrałam czekoladową Chocolat, jednak kiedy doczytałam, że kilka osób wspominało, iż po jej użyciu odczuwalne jest lekkie ściągnięcie, zrezygnowałam
Stanęło na à la Rose przeznaczonej do skóry suchej o działaniu przeciwzmarszczkowym i odmładzającym. 

Cytując ze strony producenta
"Wszystkie maseczki CHIC CHIQ są produkowane w małych ilościach dla zachowania świeżości i najwyższej jakości. Są pozbawione Parabenów, PEG-ów, oleju mineralnego, nie są testowane na zwierzętach, nie zawierają substancji toksycznych i są  przebadane dermatologicznie zgodnie z regulacjami Unii Europejskiej.
Produkowane są one zgodnie ze sztuką Ajurwedy. 

Jak stosować maskę oraz efekty 


Opakowanie ma 100 ml pojemności. Wydaje się niewiele w porównaniu do ceny, ale jest naprawdę wydajna. Ja swoją stosuję prawie dwa miesiące raz w tygodniu, czasem częściej i mam jeszcze ponad połowę.


Producent zaleca na jedną porcję zużyć 2-3 łyżeczki. Ja daje półtorej łyżeczki i jest to ilość w zupełności wystarczająca. Oczywiście można dodawać więcej, ale skoro efekt po mniejszej ilości jest doskonały to po co? : )
Proszek mieszam tylko z przefiltrowaną wodą - 3, 4 łyżeczki. Już sam suchy pyłek pachnie pięknie, a kiedy aktywujemy go wodą, można oszaleć.
Obawiałam się tego zapachu, ponieważ nie przepadam za różami, za różanym aromatem, ale nie ma się co bać. Ten zapach to zapach nie tylko róż, co całej kwiaciarni, do tego czuję owoce jagodowe, coś soczystego, słodkiego i lekko kwaśnego zarazem. 
Jest przepiękny, wyjątkowo relaksujący. Spędzając czas z tą maską można odpłynąć. 
Zazwyczaj przed jej użyciem wykonuję peeling enzymatyczny fundując sobie całkowite SPA.


Na tak przygotowaną skórę aplikuję maseczkę rozmieszaną z wodą, przetrzymuję ją na buzi ok. 15-20 minut.
Jak widzicie w trakcie lekko zasycha. Nie trzeba jej jednak zraszać w odróżnieniu od glinki.


Kiedy czas upłynie roluję ją dłońmi i łatwo schodzi. Zaschnięte resztki wystarczy zmyć wodą lub nasączonym wacikiem.
I tutaj zaczyna się cała magia - buzia po jej zmyciu jest nie do poznania. Staje się rozjaśniona, promienna, gładka zarówno w dotyku, jak i wizualnie pod względem zmniejszonych porów.
Nie odczuwam żadnego ściągnięcia ani tłustej warstwy, a mimo jej braku skóra jest nawilżona, odżywiona i wygląda dużo zdrowiej.
Zawsze stosuję ją przed jakimś ważniejszym wyjściem, ponieważ gwarantuje mi lepszy wygląd makijażu - gładszą skórę, dłuższy mat. Makijaż lepiej wygląda i dłużej się utrzymuje.
Maseczka daje wspaniały efekt już od pierwszego użycia, a po prawie dwóch miesiącach regularnego stosowania mogę ocenić, że ma zdecydowanie pozytywny wpływ na skórę także długofalowo.
Stała się bardziej wyciszona, gra naczynek krwionośnych jest uspokojona, nie czerwienie się tak bardzo jak wcześniej, do tego skóra nie jest tak podatna na podrażnienia.

Skład: Solum Diatomeae, Algin, Calcium Sulfate, Tetrasodium Pyrophosphate, Trisodium Phosphate, Diatomaceous Earth, Rosa Damascena Flos (Rose Petals), Lamii Albi Flos, Trehalose, Rose Damascena Flower Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Ascorbic Acid.

Chic Chiq la Noce, czyli indyjska maseczka ślubna 


Będą ostatnio na Targach kosmetyków naturalnych skusiłam się na małą saszetkę innej wersji maski. Wybór padł na la Noce, czyli maseczkę ślubną z kurkumą i ciecierzycą.
Tutaj efekt także mnie zadowalał i był bardzo porównywalny do wersji różanej. Z tą różnicą, że różana jednak mocniej nawilża i odżywia.
Maska la Noce będzie idealna do cer mieszanych i tłustych, ponieważ nie przesusza, ale jednak normalizuje skórę i zwęża pory.
Także lekko rozjaśnia i wycisza. Pachnie nagietkiem i ciecierzycą, po rozmieszaniu lekko czuję owocową nutę egzotyczną.
Saszetka kosztuje ok. 18 zł i wystarczyła mi na 4 użycia.
Na pewno zakupię także inne wersję i będę stosować zamiennie, ponieważ to według mnie najlepsze maseczki jakich kiedykolwiek używałam.

Skład la Noce:
Solum Diatomeae Algin, Calcium Sulfate, Tetrasodium Pyrosphate, Trisodium Phosphate, Diatomaceous Earth, Calendula Officinalis Flos, Robiniae Flos, Opuntia Ficus Indica Inula, Trehalose, Hippophae Rhamonides Oil, Ascorbic Acid, Mel (Honey) Extract, Radix Zedoariae, Magniferia India, Cicer Arietinum, Hydrolyzed Milk Protein.


Próbowałyście produktów tej firmy? Może chciałybyście polecić nam swoje ulubione maseczki do twarzy? Czekamy na propozycje! : )M.

Włosowa aktualizacja, Monika

Włosowa aktualizacja, Monika
Ostatnia moja włosowa aktualizacja pisana była na początku marca KLIK
Sama nie wiem kiedy ten czas tak zleciał. Ogromnie się cieszę, że do obecnego wpisu mam przygotowane dla Was tak piękne, letnie zdjęcia.
Początkowo byłam niechętnie nastawiona do pomysłu Oli by wchodzić w środek pola pełnego maków, jednak kiedy patrzę na efekty, jestem jej wdzięczna za torowanie drogi ;*

Trzy miesiące bez farbowania rubią. Czym obecnie farbuję włosy?


Dokładnie w marcu, przypadkiem po farbowaniu, ujrzałam na swoich włosach rudy kolor i tak mi się spodobał, że miało już tak zostać.
Prawie dwa miesiące temu wraz z odświeżeniem koloru naszła mnie ochota na przetestowanie kolejnej mieszanki ziołowej - Rosso Ciliegia (KLIK).
Efektem była intensywna miedź wpadająca lekko w czerwone tony. Jednak nie nazwałabym tego czerwienią. Teraz po 7,8 tygodniach włosy mają taki kolor jak na zdjęciach - nieco się wypłukały i czerwone przebłyski są bardziej widoczne, kolor nieco także ściemniał. W zależności od światła jest bardziej czerwony, rudy lub stonowany kasztanowy.
Mnie podoba się ogromnie i choć dawno nie miałam tak ciemnych włosów czuję się w nich świetnie. Kiedy oglądam zdjęcia sprzed roku, na których moje włosy były na poziomie ciemnego blondu, dopiero zauważam, o ile tonów ściemniały.
Pamiętacie jeszcze tamten kolor? : )

Kolejne farbowanie przewiduję lada dzień w zależności od tego, kiedy będę miała czas. Najpierw oczywiście rozjaśnię odrost farbą chemiczną, a później hmm...
Myślę czy jednak nie rozjaśnić ich trochę rabarbarem (dokładnie TAKIM) by sprawdzić jak Rosso Ciliegia będzie wyglądała na nieco jaśniejszych włosach.
Po Rabarbarze Phitofilos efekty były świetne, włosy błyszczące i nie przesuszone, a przede wszystkim o jakieś dwa tony jaśniejsze KLIK.
Niezależnie od tego co zdecyduję na pewno będziecie mogły zobaczyć to na Instagramie (KLIK) lub Facebooku w pierwszej kolejności, dlatego zachęcamy do obserwowania.



Upięcia i stylizacja bez użycia ciepła najlepszym sposobem na Bad Hair Day



Włosowy kryzys trwa w najlepsze już ponad pół roku. Szybkie nadejście wiosny nieco poprawiło zarówno moje samopoczucie, jak i stan włosów. Dzięki ładniejszej pogodzie nie muszę już opatulać się szalikiem, czapką, zakładać kaptura, co skutkuje mniejszym plątaniem i nieco ułatwia życie. Przez większość czasu włosy noszę związane w koczka ślimaczka, który wygląda niechlujnie, ale robi się go w mniej niż minutę. Jeśli kiedykolwiek gdzieś mnie widziałyście to na pewno w tej fryzurze ;d Rozpuszczone włosy mam tylko zaraz po myciu lub na jakieś wyjścia czy inne okazje. Coraz częściej także związuję świeżo umyte włosy w koczek i rozpuszczam dopiero kiedy wychodzę z domu- wtedy uzyskuje efekt niedbałych, luźnych fal, które nawet jak się rozprostują po jakimś czasie to nie wyglądają tak źle, jak kiedyś myślałam.
Próbuję także przekonać się do częstszego zawijania włosów na noc w koczek na skarpecie KLIK, ponieważ efekt po nim także bardzo mi się podoba i jest nieco trwalszy od mojego ślimaczka.
Zauważyłam także, że nawet jeśli po wyschnięciu moje włosy są sztywne i niemiłe w dotyku to po zawinięciu i rozpuszczeniu niemiłe uczucie zostaje zminimalizowane.
Dlatego także często z tego korzystam. Falowane czy kręcone włosy bez trudu ukrywają pewne niedoskonałości. Na prostych włosach widać każde "ale".

Produkty, których używałam od marca do czerwca


Ciągle testuję nowości, a także wracam do produktów, które kiedyś świetnie mi się sprawdzały by dowiedzieć się czy nadal będą dla mnie Świętym Graalem. 
Wielki 'come back' zaliczył szampon Natura Siberica Bieługa (KLIK) i maska marokańska Planeta Organica (KLIK). Szampon w dalszym ciągu jest moim ulubieńcem - ten lekko męski zapach na upały jak znalazł, nie pląta włosów, są po nim miękkie i oczyszczone. Po jego użyciu czuję orzeźwienie, czystość, a jednocześnie nie przesusza.
Używałam także szamponu EcoLab laminującego (KLIK), z którym nie do końca polubiła się moja skóra głowy - lekko swędziała, kiedy włosy były jeszcze wilgotne. Obecnie testuję wersję do włosów farbowanych i zapowiada się lepiej. 
O masce marokańskiej musiałabym powtórzyć wszystko to co pisałam o niej kilka lat temu, bo tak długo jej nie używałam, a ciągle działa tak samo. 
Włosy po niej za każdym razem są niesamowicie miękkie, gładkie, lśniące, aż chce się dotykać, przeczesywać. Zaraz po odsączeniu z wody mają lekko szorstką strukturę, ale kiedy zaczynają schnąć, robią się mięciutkie i łatwo je rozczesać. 
Podobnie miłe wrażenia towarzyszą mi w dalszym ciągu podczas używania maski Omia (KLIK). W tamtym roku miałam wersję lnianą (KLIK), tym razem wybrałam arganową i był to strzał w dziesiątkę. Cudownie zmiękcza, wygładza i nawilża, a do tego nadaje jeszcze więcej blasku. 
Niemiłym powrotem okazała się maska Anwen 'Kokos i glinka' (KLIK), którą ostatni raz używałam rok temu w sierpniu i była moim wielkim hitem. Tym razem niewypał : (
To tylko potwierdziło, jak bardzo moje włosy się zmieniły na przestrzeni tych kilku miesięcy, odkąd mam z nimi takie problemy. 
Kolejny niewypał to maska Botavikos Weekend Recovering (KLIK) - włosy suche, spuszone i plączące się, a do tego zbyt intensywny kadzidlany zapach, który jak na złość utrzymywał się na włosach.
Podczas ostatniego mycia zdenkowałam maskę Keratynową EcoLab, o której pisałam w ostatnim poście KLIK, Laminującą mam jeszcze na jedno użycie.
Obydwie stosowane zamiennie z innym produktami starczyły mi na około cztery miesiące. 
Odsyłam do ostatniego wpisu, bowiem warto je poznać. Wiem też, że u wielu z Was także się sprawdziły, co bardzo mnie cieszy.
Od dwóch tygodni testuje maskę Fitokosmetik z linii Fitness (KLIK). Pomijając tą nazwę, która nijak ma się do produktów przeznaczonych dla włosów, kosmetyki są godne polecenia. U mnie i Oli działają podobnie, ale ich pełne recenzje jeszcze się pojawią na pewno. 
Produktem, o którym wspominałam już w Marcowej Aktualizacji jest odżywka Ekos z aloesem i masłem shea (KLIK). Jeśli tak jak my, jesteście fankami tych włoskich kosmetyków do włosów, na pewno ta także przypadnie Wam do gustu.
Działa praktycznie tak samo jak odżywka Anthyllis, nawet skład, zapach i konsystencję mają podobną - włosy są leciutkie, miękkie i pięknie się rozczesują. 
W moje ręce wpadły także próbki produktów z Phitofilos, więc powoli zapoznaję się z markę od strony kosmetycznej, a nie ziołowej.

Czym olejuję wybredne włosy i jak je zabezpieczam


Przyznam, że olejowanie bardzo ograniczyłam. Ze względu na brak czasu na jakiś czas w ogóle poszło w zapomnienie. Teraz staram się choć raz w tygodniu nałożyć olej. Zazwyczaj jest to tylko godzina, dwie przed myciem.
Moim wielkim ulubieńcem stał się czysty olej arganowy Bioargania (KLIK). Po tym, jak Arganowy Ecolab wylądował w śmietniku ze względu na datę ważności sięgnęłam po czysty olej arganowy uznając, że jego mniejsza pojemność będzie dla mnie lepsza. 
Moje włosy i skóra od kilku lat już kochają ten olejek. Nieważne czy zastosuję go do twarzy, włosów czy na skórę całego ciała, zawsze jestem zadowolona. 
Stosowany na włosy również pięknie wygładza, nabłyszcza, sprawia, że włosy są miękkie. Już nawet podczas nakładania czuję jakie mięciutkie się stają i to zachęca mnie do dłuższego przeczesywania włosów pokrytych olejem. 
Poza nim sięgałam kilkakrotnie po olej kameliowy (KLIK), który na szczęście dalej działa na mnie świetnie. Uff co ja bym bez niego zrobiła. 
Olejkiem z pestek śliwki (KLIK) zabezpieczam włosy po myciu wymiennie z innymi produktami, takimi jak serum Dr. Sante aloesowe (KLIK), Mythic Oil i nowe serum bezsilikonowe Phitofilos, którego używam od dwóch tygodni i jeśli się sprawdzi będzie u nas w sklepie. 


Zainteresowały Was jakieś produkty, które wymieniłam? 
A może także macie coś do polecenia lub przeciwnie, ku przestrodze?

M.