Popularne posty

Box Włosomaniaczki - Już do kupienia tylko u nas

Box Włosomaniaczki - Już do kupienia tylko u nas
Wiemy, że nie wszyscy korzystają z Social Media - Faceboka, Instagrama, dlatego dziś przychodzimy do Was z postem typowo informacyjnym.
Chciałybyśmy Wam pokazać coś, co ostatnio stworzyłyśmy i co, mamy nadzieję, Was zainteresuje.
My już nie możemy się doczekać!


Uwaga, uwaga BOX WŁOSOMANIACZKI : )


czyli w skrócie Włosbox ;d

Pomyślałyśmy, że boxy tematyczne to naprawdę fajna sprawa!
Jest już wiele dedykowanych pielęgnacji, pielęgnacji naturalnej, dla kobiet w ciąży, a nawet dla naszych kochanych zwierząt itp. itd., więc czas najwyższy by świat ujrzał Box Włosomaniczki! 
Czyli taki, który będzie obejmował kosmetyki/gadżety do pielęgnacji włosów.


Co znajdziesz we włosowym pudełku?


W naszym boxie znajdziecie 5 produktów przeznaczonych do pielęgnacji włosów - takie, mamy nadzieję, perełki, które przykuły naszą uwagę
Będą to produkty pełnowartościowe, nie miniaturki. 
Jeśli w kolejnych edycjach coś się zmieni to oczywiście damy znać ;) 
Zawartość to tajemnica. Dołożymy wszelkich starań, by otwarcie paczki było dla Was niespodzianką. Produkty są tak dobrane, by były jak najbardziej uniwersalne i pasowały jak największej liczbie osób i włosów.
W planach mamy również pudełka dopasowane do typów włosów : )

Na zachętę dodamy, że przesyłka do paczkomatu jest darmowa! Prosimy o zaznaczenie opcji "Włosbox Darmowa dostawa Paczkomatem"
Wysyłka kurierska jest dodatkowo płatna.

Boxy kwietniowe możecie kupować do 22 marca włącznie a dostaniecie go do domu lub paczkomatu 1-3 kwietnia ! : )


Zapraszamy do naszego sklepu:
oraz na Instagram Włosboxa https://www.instagram.com/wlosbox/

Masło malinowe do ciała Fresh&Natural i Balsam do ciała Hagi - ostatnio używane produkty do ciała

Masło malinowe do ciała Fresh&Natural i Balsam do ciała Hagi - ostatnio używane produkty do ciała
Regularne kremowanie, balsamowanie ciała staram się wprowadzić do swojej rutyny od dawna. Od jesieni udało mi się robić to w miarę regularnie. Był okres, że smarowałam się nawet dwa razy dziennie, kiedy miałam problemy dermatologiczne ze skórą.
Obecnie staram się robić to po każdej kąpieli. W związku z tym produktów zużywam dosyć dużo i dziś opowiem Wam o dwóch ostatnio używanych, które już zdenkowałam i które sprawdzą się nie tylko na jesień-zimę.


Fresh&Naturals, masło malinowe do ciała 



Dwa lata temu w moje ręce wpadło masełko do ciała tej firmy o zapachu Orzechowym (do kupienia TUTAJ KLIK). Przyznam od razu, że zapach bił na głowę wersję malinową. Pachniał dosłownie jak batonik Kinder Bueno lub deser Monte. To taki zapach orzechowo-czekoladowy z nutą wanilii. Był obłędny i bardzo mi się podobał.
Formuła i działanie, o którym zaraz napiszę, także przypadła mi do gustu, więc skusiłam się na drugi zapach - Malinowy (KLIK).
Niestety, tutaj szału nie było : ( Liczyłam na intensywnie owocową nutę konfitury malinowej. Tymczasem otrzymałam zbyt mocno rozrzedzony w wodzie syrop malinowy.
Zapach mimo wszystko był dość przyjemny dla nosa, choć nieco mdły, ale nie utrzymywał się na skórze.
Za to z działania jestem bardzo zadowolona, jak już wspomniałam i pewnie wrócę ponownie do wersji Orzechowej.
Sam kosmetyk ma konsystencję musu, lekko piankową. Po nabraniu na dłoń jest zwarta, ale podczas aplikacji zmienia się w olejek. Bardzo łatwo się rozprowadza na skórze, szybko się wchłania.
Od pewnego czasu używam tylko takich produktów, ponieważ szkoda mi czasu na czekanie kilka czy kilkanaście minut by się ubrać. Celuję w bogate składy, ale lekkie konsystencje.
Właściwie od razu po posmarowaniu mogę się ubrać, nic się nie tłuści. Skóra pozostaje miękka, gładka, znika uczucie ściągnięcia.
Kosmetyk zapakowany jest w słoiczek z metalową zakrętką. Wszystko zabezpieczone sreberkiem, więc mamy pewność świeżości.


Balsam do ciała Hagi z ekstraktem z granatu i imbiru


Poszukując zastępcy balsamu Clochee, o którym też Wam już pisałam trafiłam na produkt marki Hagi. Mając w głowie miłe wspomnienie kremu do twarzy detox KLIK wybrałam jeden na przetestowanie. 
Zdecydowałam się na wersję z imbirem (KLIK), ponieważ uwielbiam imbir i wszystko co z nim związane. Imbir to też idealny dodatek jesienno-zimowy. 
Balsam jest dostępny w butelce z pompką, zapakowany w kartonik ze wszystkimi informacjami. Pompka działa bez zarzutu, dozuje odpowiednią ilość i nie zacina się. 
Zapach nie spodoba się każdemu. Spodziewałam się czegoś imbirowego z owocową nutą granatu. Czuć jednak wyraźnie jedynie imbir i jest to zapach intensywny, bardzo naturalny, lekko ziołowy
Nie zostaje na skórze po wchłonięciu, a wchłania się bardzo szybko, za co go polubiłam od pierwszego użycia. Wydawać by się mogło, że produkt o dość lekkiej, lekko lejącej konsystencji nie będzie dawać zadowalającego efektu, ale nic mylnego.
Balsam mimo tego, że jest bardzo leciutki i wchłania się od razu nie pozostawiając prawie żadnego filmu, radzi sobie idealnie z suchą skórą, która po jego użyciu odzyskuje komfort, staje się lepszą wersją siebie bez uczucia oblepienia, bez poczucia, że właśnie użyłyśmy jakiegoś produktu. 
Używam go zazwyczaj rano po prysznicu, ponieważ dzięki pompce i lekkości jego zaaplikowanie zajmuje mi mniej niż trzy minuty na całe ciało i od razu mogę się ubrać.

naturalna pielęgnacja ciała

Skład obydwóch produktów jest idealny. Zapachy to kwestia indywidualna, ale według mnie nie są złe, szczególnie, że nie utrzymują się na ciele.
Najważniejsze jest działanie i wydajność, a te mogę ocenić na szóstkę z plusem.
Kiedyś zastanawiałabym się kilka razy zanim produkt w takiej cenie wrzucę do koszyka, ale wiem, że za ceną stoi wysoka jakość, świetny skład i wydajność.
Obecnie stosuję balsam do ciała Żurawina Mokosh (kupiłam TUTAJ) i także po kilku użyciach jestem bardzo zadowolona.

M.

Włosowe SPA: Najlepszy domowy zabieg PEHowy

Włosowe SPA: Najlepszy domowy zabieg PEHowy
Macie wolne półtorej godziny i chęci by zadbać o swoje włosy?
Jeśli tak to dzisiejszy wpis jest właśnie dla Was. Nie potrzeba do jego wykonania żadnych drogich produktów ani wymyślnych składników.
Podejrzewam, że większość z Was ma wszystko pod ręką w domu.
Jeśli tak to zaczynamy! : )


Dlaczego warto i komu polecamy 



Domowe metody dbania o włosy wcale nie są gorsze niż gotowe maski. Oczywiście wymagają większego zaangażowania, czasu i czasem są nieco niewygodne, ale czego nie robi się dla pięknej fryzury.
W naszym duecie prym w metodach DIY wiedzie Ola. Przepis na dzisiejszy zabieg, bo to nie jest tylko maseczka, pochodzi właśnie od niej (pisałyśmy o tym na starym blogu w 2014 r http://sophieczerymoja.blogspot.com/2014/12/ulubione-zabiegi-w-pielegnacji-wosow.html).
Jeśli czytacie nas od dawna to być może przepis wyda Wam się znajomy. Jest to jeden z ulubionych zabiegów Oli, a także nasz pewniak podczas Włosowych Metamorfoz. Oczywiście to czy go wykonujemy zależy od typu włosów i potrafimy ocenić to dopiero na żywo podczas spotkania i rozmowy.
Jego składniki są jednak tak dobrane, że powinny przypasować większości typów włosów.
Polecamy ją szczególnie dla włosów średnio i niskoporowatych. W takich przypadkach polecam w ciemno ;d Jeśli macie włosy wysokoporowate, bardzo zniszczone i mocno przesuszone pozostańcie przy pierwszych dwóch etapach. Chyba, że Wasze włosy lubią proteiny to zróbcie cały pakiet.
To idealny zabieg, jeśli uważacie, że Wasze włosy są ładne, ale czegoś im brakuje, potrzebujecie więcej blasku, więcej gładkości, ograniczenie puszenia lub np. podbicia skrętu, większej mięsistości loków i fal.
Ja podchodzę do domowych metod jak pies do jeża i Ola długo musiała mnie namawiać. Tym bardziej, że kilka lat temu próbowałam na swoich włosach laminowania w podstawowej wersji, która popularna jest na blogach i włosy po tym wręcz się wykruszały.
Zaufałam jednak i oddałam się w jej ręce.


Etap pierwszy: olejowanie włosów



Na sam początek należy naolejować włosy swoim ulubionym olejem. To bez różnicy czego użyjecie, byle Wasze włosy znały i lubiły ten rodzaj oleju.
U mnie dziś był to olej kameliowy (KLIK). Postawiłam na pewniaka, by mieć pewność, że to nie olej zniweczył efekt, jeśli coś by nie wyszło.
Włosy olejujemy dość solidnie, ale też nie przesadzamy, ponieważ to dopiero pierwszy etap. Ja nałożyłam olej od ucha w dół, przeczesywałam włosy nim pokryte szczotką kilka minut i zostawiłam na pół godziny. Jeśli macie więcej czasu możecie olej nałożyć na dłużej lub od razu przejść do następnego kroku.


Krok drugi: miodowanie 



Kolejnym krokiem będzie nałożenie pierwszej mikstury, która składa się z: miodu, oliwy z oliwek i znów naszego ulubionego oleju. Nie musi być to ten sam olej co w kroku pierwszym, jednak ważne by ponownie nasze włosy go lubiły.


Na moją długość włosów potrzebowałam:


- Solidnej łyżki miodu
- oliwy z oliwek w ilości około 1/4 szklanki
- łyżkę oleju kameliowego

Proporcje musicie dopasować do Waszej długości i gęstości włosów. Pamiętajcie, że nie można oszczędzać na składnikach i muszą być one dobrej jakości, by zadziałały jak najlepiej. Ilość też musi być taka, by dokładnie pokryć nią włosy.
Wszystkie składniki umieszczamy w miseczce i podgrzewamy lekko, by miód nieco zmiękł i łatwiej dało się go wymieszać na jednolitą masę.
Nakładamy dokładnie maskę na włosy. Możecie nałożyć ją także na skórę głowy. Ja ostatnio mam problemy z łupieżem i podrażnieniem, więc zaaplikowałam od ucha w dół.
Włosy zawijamy w czepek i zostawiamy na około 30 minut.


Etap trzeci: laminowanie z olejem


Etap trzeci i ostatni to kolejna maska. Tym razem z dodatkiem żelatyny.

Na moje włosy potrzebowałam:

- łyżkę żelatyny
- trzy łyżki wody
- dwie łyżki oleju arganowego
- i ponownie około 1/4 szklanki oliwy z oliwek

Żelatynę rozpuszczamy w wodzie i podgrzewamy przez chwilę. Musi się dobrze rozpuścić i nieco zagęścić.
Oleje umieszczamy w miseczce i dolewamy do nich żelatynę dokładnie mieszając. Ja wybrałam olej arganowy jako dodatek, ponieważ miałam już końcówkę i chciałam go zużyć. Możecie wybrać dowolny olej.
Mikstura powinna być średnio gęsta, lekko lejąca, ale dość klejąca. Nakładamy od razu po rozmieszaniu na włosy uprzednio pokryte wcześniejszą 'maską'. Ponownie zakładamy czepek i trzymamy około pół godziny.
Po tym czasie umyłam włosy szamponem Hawajskim (KLIK) dwukrotnie, by mieć pewność, że włosy będą czyste i zmyje z nich te litry oleju ;d
Odżywkę z tej samej linii (KLIK) nałożyłam na 2 minuty. Włosy wysuszyłam ciepłym nawiewem od skóry głowy, a letnim na długości i potem na sam koniec chłodnym.
Na koniec najlepiej wybrać maskę lub odżywkę emolientową. Ja postawiłam na Hawajską z małym dodatkiem protein, ponieważ chciałam jeszcze dodatkowo podbić efekt. Zawiera ona jednak dużo emolientów, a hydrolizowane proteiny pszenicy stanowią jedynie mały dodatek pod koniec składu, więc nadaje się idealnie.


Efekty na moich włosach


Efekty możecie zobaczyć na zdjęciach. Włosy są przede wszystkim ultra gładkie i błyszczące. Myślę, że nie da się osiągnąć już lepszego efektu gładkich włosów bez prostownicy.

blog o włosach
blog o włosach
blog o włosach
równowaga PEH
blog o włosach
blog o włosach

Moje z natury są proste, ale często jakieś włoski na długości odstają. Osobiście mi to nie przeszkadza, ponieważ nie jestem perfekcjonistką, jednak wiem od Was, że macie z tym problem. Warto zatem spróbować tej metody, bo nie znam innego lepszego i w pełni naturalnego sposobu na tą przypadłość.
Kiedy włosy zawinęłam w koczka to po kilku godzinach uzyskałam bardziej mięsiste i sprężyste fale niż zazwyczaj.
Podsumowując, żałuję, że dałam się przekonać tak późno do spróbowania na sobie tej metody, ponieważ efekty zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie.

Dla porównania wrzucam Wam zdjęcie, gdzie moje włosy miały dużo gorszy dzień i jak czasem potrafią odstawać na długości:


Jeśli w wolnym czasie spróbujecie przepisu z tego wpisu dajcie znać, jak się sprawdził. Jesteśmy bardzo ciekawe : ))

M.

Krem do rąk i Krem Ratunkowy SOS marki Resibo

Krem do rąk i Krem Ratunkowy SOS marki Resibo
Pierwszy raz miałam kontakt z produktem marki Resibo (KLIK) ponad 3 lata temu. Był to olejek do demakijażu. Pamiętam, że zrobił u mnie nie małą rewolucję. Więcej pisałam o nim w tym poście:
http://www.sophieczerymoja.com/2016/11/moje-odczucia-po-trzech-miesiacach.html
Każdy kolejny produkt tej marki, który trafia w moje ręce okazuje się hitem. Nie wiem jak oni to robią, ale nie trafiłam jeszcze na bubel.


Moje dłonie to problematyczna sfera. Nie skłamię, jeśli powiem, że chyba najbardziej problematyczna z całego ciała. Poza wiecznym przesuszeniem borykam się z pękającą skórą, rankami, a także bolesną egzemą.
Czasem muszę sięgać po maści sterydowe, ponieważ swędzenie i ból są nie do zniesienia. W ostatnich miesiącach udało mi się jednak bardzo ograniczyć stosowanie sterydów.
A to wszystko dzięki dwóm produktom, o których już wspomniałam w tytule, więc wiecie, że będzie to pochlebna recenzja : )


Krem do rąk Resibo (do kupienia TUTAJ)



Kremów do rąk miałam wiele. Ciągle ich używam, ale nigdy nie byłam zadowolona jakoś specjalnie. Najlepiej działało stosowane na noc masło shea lub babassu (KLIK). Jednak ich tłustość bywała denerwująca.
Kiedy Resibo wypuściło krem do rąk wiedziałam, że będzie mój i przy okazji zakupów dorzuciłam go do koszyka. 
Kremik zamknięty jest w tubce o pojemności 75 ml, czyli raczej standardowo jak na krem do rąk.  Opakowanie przykuwa wzrok jak zawsze w przypadku tej marki. To prawdziwa ozdoba toaletki czy torebki.


Zapach jest bardzo naturalny, lekko ziołowy. Nie przypadł mi mocno do gustu, ale nie jest uciążliwy. Dość szybko znika
Konsystencja jest gęsta, ale jednocześnie bardzo lekka. Wchłania się błyskawicznie zostawiając jedynie lekką powłoczkę. To na początku mnie zmyliło, ponieważ tak lekka konsystencja nie zwiastowała odżywczego i regenerującego działania
Nic bardziej mylnego. Już po dwóch zastosowaniach poczułam różnicę, a stosując krem regularnie pozbyłam się większości moich problemów i odzyskałam komfort. 
Stosowanie go to sama przyjemność, a regularnie stosowany spełnia obietnice producenta. To najlepszy krem do rąk, jaki kiedykolwiek miałam, a testowałam ich bardzo dużo. 


Krem ratunkowy SOS (KLIK)



Krem ratunkowy SOS przeznaczony jest zarówno do twarzy, jak i do ciała. Ja kupiłam go z myślą o tym drugim zastosowaniu, a dokładnie mając na myśli moją egzemę i skórę skłonną do zmian atopowych
Kremik o pojemności 50 ml i bardzo delikatnym zapachu przypominającym nieco kosmetyki dla dzieci, od razu stał się moim ulubieńcem. 
Konsystencja jest już nieco treściwsza, ale dalej dość lekka. Wchłania się nieco dłużej niż krem do rąk, ale absolutnie nie jest tłusty i można go stosować także w ciągu dnia, a nie tylko na noc
Moja cera ostatnio stała się bardzo kapryśna, więc nie stosowałam go na twarz bojąc się o dodatkowe niedoskonałości. Jednak jeśli macie skórę naczynkową, wrażliwą to warto spróbować. 
Ten produkt to prawdziwe antidotum na problematyczne miejsca. Smaruje nim dłonie w najbardziej krytycznych momentach, kiedy pomagały tylko maści sterydowe. Zazwyczaj on mi pomaga i udaje się uniknąć leczniczych maści od dermatologa.


Nie wierzyłam, że znajdę produkt, który będzie goił skórę niczym magiczny plaster, opatrunek. Krem działa praktycznie od razu - po wchłonięciu skóra jest miła w dotyku, aksamitna wręcz i taka nie 'moja' ;d A kiedy nałożę grubszą warstwę i dokładnie wmasuję ból i swędzenie zostaje złagodzone. Po kilku dniach używania zaognione zmiany cofają się.
Jeśli macie skórę tak problematyczną jak ja to polecam Wam z całego serca ten mały skarb.
Mimo niewielkiej pojemności przy stosowaniu głównie na skórę dłoni jest bardzo wydajny i po 2 miesiącach użytkowania mam jeszcze pół tubki (!).

U mnie ten duet sprawdza się idealnie i dzięki tym dwóm kosmetykom udało mi się opanować moje problemy skórne. 
Stosując je regularnie, zamiennie, w zależności od potrzeb utrzymuję moją skórę w dobrym stanie. Najbardziej cieszy mnie, że udało mi się ograniczyć i prawie wyeliminować stosowanie sterydów. 

Obecnie stosuję jeszcze dwa inne produkty Resibo, tym razem do twarzy. Chcecie o tym poczytać? : ) 

M.

Włosowa metamorfoza Marty z naszego mini konkursu na Facebook'u

Włosowa metamorfoza Marty z naszego mini konkursu na Facebook'u
Całkiem niedawno dodałyśmy na naszym Fanpage na Facebook'u ogłoszenie, że szukamy Dziewczyn do darmowej włosowej metamorfozy.
Poszukiwałyśmy włosów jak najbardziej wymagających, zniszczonych, suchych. Takich, z którymi Właścicielka sobie nie radzi.
Spośród zgłoszeń na pierwszy ogień wybrałyśmy Martę, która tak opisała swoje problemy:

" Dzisiaj już jestem bezradna. Staram się olejować włosy, podcinać je, nakładać maski, nie prostować i nic, jest tragedia. Włosy tak jak mówiłam - zatrzymały się na długości z gimnazjum i nadal stoją. Nadal bardzo się kruszą. Teraz jeszcze są w miarę ułożone, ponieważ suszyłam je suszarką. Lecz gdy tylko pozostawiam włosy na samowolkę i schną sobie same, to dosłownie wstydzę się wyjść z domu. I to takie moje błędne koło. Chciałabym żeby ruszyły na długość więc powinnam odstawić farby i suszarkę, a po prostu nie mogę. No cóż, troszkę się rozpisałam, ale przejdę do rzeczy. Najbardziej zależy mi na tym żeby włosy zaczęły rosnąć i żebym była w stanie je jakkolwiek okiełznać. A marzę o włosach które byłyby lśniące i mięciutkie :) Może ten konkurs to jakiś promyk nadziei dla mnie. "

Włosy Marty przed naszymi zabiegami:


Krok pierwszy to oczywiście olejowanie. Tym razem w akcji nasze nowe odkrycie Olej moringa + miodowanie maska DIY


Olej Moringa (KLIK) wybrałyśmy jako produkt do olejowania, ponieważ otrzymałyśmy od Was mnóstwo pytań o to, czy nadaje się do włosów wysokoporowatych.
Chciałyśmy więc to sprawdzić i nadarzyła się idealna okazja. Już teraz mogę napisać, że spisał się świetnie i polecamy go na równi z olejem kameliowym i marula.


Olej w ilości około 3,5 łyżki został nałożony na suche włosy
, po czym kolejnym krokiem było przeczesywanie włosów pokrytych olejem przez kilkanaście minut, co łącznie dało 45 minut olejowania.


Na taką bazę z oleju nałożyłyśmy przygotowaną w miseczce domową maseczkę zwaną roboczo przez nas 'miodowaniem' (kompresem miodowo-oliwnym).
Tym razem jej skład był bardzo prosty. To tylko oliwa z oliwek najwyższej jakości pół na pół z olejem kameliowym (KLIK)  pomieszana z miodem na gęstą, gładką masę.


Pod czepkiem i w suszarce kapturowej mieszanka spędziła 17 minut ciągle podgrzewana. Po tym czasie zostawiłyśmy ją jeszcze na 30 minut.


Hawajski zestaw "Puszyste Mango" - szampon i odżywka



Szamponem "Puszyste Mango" (KLIK) umyłyśmy włosy dwukrotnie, by dobrze zmyć olej i miodowanie. Włosy były bardzo tłuste i obklejone domową maską, więc drugie mycie zrobiłyśmy po to by mieć pewność, że niedomyte włosy nie popsują efektu.
Równie dobrze tutaj mogłoby sprawdzić się mycie długości maską np. tą Vatiką (oczywiście wykluczając uprzedni kompres miodowo-oliwny).
Szampon "Puszyste mango" bardzo dobrze myje, pieni się mocno, ale nie plącze kosmyków. U mnie w domu jest prawdziwym Hitem i mąż ciągle mi go podbiera.
Marta także była zachwycona jego zapachem.
Odżywka z tej samej serii (KLIK) uważałam dotychczas za dość lekką, ale okazało się, że przetrzymana na włosach 10 minut pod suszarką kapturową w cieple bardzo mocno zmiękczyła włosy. Rozczesały się praktycznie same, bez żadnych komplikacji i szarpania.
W tym momencie podcięłyśmy dosłownie 1,5 cm końcówek, by nieco je odświeżyć i usunąć rozdwojenia.


Spróbowałyśmy wysuszyć fryzurę na prosto, ponieważ nasza Bohaterka była otwarta na wszelkie eksperymenty, a my też chciałyśmy zaspokoić swoją ciekawość.
Włoski były bardzo mięciutkie, takie delikatne i dziecięce w dotyku. Na pewno już była widoczna różnica między tym co było na początku. Były dużo mniej spuszone, bardziej gładsze.
Jednak kiedy spod spodu zaczęły się wyłaniać te urocze kręciołki nie mogłyśmy się im oprzeć...


Wydobycie naturalnego skrętu


... dlatego zwilżyłyśmy włosy wodą i ponownie zaaplikowałyśmy kolejny produkt. Była to nasza ukochana maska Ekos (KLIK) pomieszana z łyżeczką oleju kameliowego (KLIK) podgrzewana przez 5 minut.
Po spłukaniu na jeszcze ociekające wodą kosmyki zaaplikowałyśmy porcję balsamu Ekos (KLIK), który został wgnieciony porządnie we włosy przy okazji odsączając je nieco z wody.


W tak przygotowane włosy wgniotłyśmy ugotowany żel lniany (widzicie go na zdjęciu, oczywiście został użyty bez tych ziarenek ;d interesował nas tylko glutek). Wszystkie czynności najlepiej wykonywać nad wanną czy prysznicem, ponieważ w tym momencie włosy pozostają jeszcze mokre i można zamoczyć podłogę.


Zainspirowałyśmy się tym wpisem: https://www.curlsandbeautydiary.com/my-curly-hair-routine/
W filmiku, który jest dodany we wpis tej Kręconowłosej zwróćcie uwagę na charakterystyczny dźwięk podczas ugniatania - dokładnie w 5:38 minucie ; )
Po takim wstępnym uformowaniu kształtu przyszedł czas na 10 minutowy plopping. Niestety, nie miałyśmy żadnej koszulki, ale ręcznik wykonany jest z cienkiej, miłej w dotyku 100% bawełny i godnie zastąpił podkoszulkę.
Włosy rozpuszczone z ploppingu umieszczone zostały w durszlaku i w taki sposób były suszone przez około 40 minut chłodnym nawiewem.


Czemu durszlak, a nie dyfuzor? Ponieważ po pierwsze dyfuzor gdzieś się zapodział, a po drugie Ola próbowała na sobie tej metody i była bardziej zadowolona.
Poza tym, że trwało to nieco dłużej, polecamy, jeśli macie falowane/kręcone włosy i nie macie pod ręką dyfuzora. Jeszcze lepsze będzie po prostu sitko : ) Kiedyś zobaczyłyśmy ten patent na Instagramie i wprost marzyłyśmy by go przetestować.
Na sam koniec włosy zostały odgniecione rękami posmarowanymi 2 kroplami oleju moringa (KLIK).

Rezultaty i wrażenia naszej Bohaterki 


Efekt końcowy to ładnie wydobyty naturalny skręt włosów, którego nasza Bohaterka kompletnie się nie spodziewała.
Jej dotychczas spuszone na całej długości włosy były gładkie i dociążone, a jednocześnie pełne objętości. To na czym najbardziej jej zależało czyli miękkość i blask zostało osiągnięte .
Dodatkowo mamy nadzieję, że Marta pójdzie dalej tą drogą i za jakiś czas pochwali się nam dalszymi rezultatami.

Na koniec jeszcze kilka słów od Marty:

"W drodze do dziewczyn kompletnie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Byłam otwarta na każde rozwiązanie mojego problemu z włosami, oby tylko udało im się wyciągnąć z nich cokolwiek pozytywnego. Efekt końcowy mnie powalił, serio. Naprawdę nie sądziłam, że moje włosy w tak krótkim czasie byłyby w stanie stać się tak mieciutkie, sypkie i lśniące. A co dopiero, nie sądziłam, że moje włosy mają taki zadatek do kręcenia się! Dziewczyny wykonały kawał dobrej roboty :) I nie chodzi tylko o pracę nad moimi włosami, dobór odpowiednich kosmetyków, ale też świetne porady i wskazówki oraz otworzenie mi oczu na nowe rozwiązania. Kontakt z nimi był bezproblemowy a sama współpraca to czysta przyjemność. Więc podsumowując - warto przejechać dla nich każdy kilometr, bo drugiej takiej pary czarodziejek nigdzie indziej nie znajdziecie :) "

Dziękujemy Marcie za przyjazd (aż z Warszawy!) i za przemiło spędzony czas ;*

Szkolenie indywidualne on line do zakupu tutaj https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Szkolenie-indywidualne-on-line/383metamorfoza https://sophieczerymojasklep.pl/pl/p/Usluga-fryzjerska-/287

Jak Wam się podoba? Dajcie znać! : )

M.

Porównanie używanych przeze mnie mieszanek Phitofilos w kolorze rudości

Porównanie używanych przeze mnie mieszanek Phitofilos w kolorze rudości
Nie lubię używać ciągle tych samych ziół do farbowania włosów i dlatego ciągle poszukuję nowych mieszanek gotowych lub sama je tworzę według swojej fantazji.
Kiedy udało nam się nawiązać współpracę z włoską marką Phitofilos (KLIK) od razu przystąpiłam do testów.

Własna mieszanka : Henna nr.1 + rubia, rabarbar i hibiskus


Podstawę stanowiła Henna nr.1 (KLIK), która składa się z henny i cassi. Dodatkami była rubia (KLIK) i hibiskus (KLIK), które uwielbiam za działanie odżywcze, ale także głębsze, mahoniowe tony. Hibiskus dodatkowo bardzo pomaga przy problemach z wypadaniem włosów. Zauważyłyśmy z Olą pozytywne działanie nawet po jednym zastosowaniu, dlatego warto go dosypywać, jeśli farbujecie ziołami włosy lub nawet używać samodzielnie jako wzmacniającą kurację.
Rabarbar (KLIK) dosypałam by kolor nie ściemniał zbyt mocno, ponieważ ma działanie rozjaśniające, o czym mogłam się przekonać stosując go zamiast kwasu jabłkowego.

Efekty:



W efekcie włosy leciutko się rozjaśniły. Mieszanka pomogła mi także pozbyć się nieco czerwieni, którą miałam wcześniej na włosach po farbowaniu czystą rubią.

http://www.sophieczerymoja.com/2018/08/farbowanie-z-pomoca-5-zio-marki.html

Rosso Ciliegia (KLIK)


Mieszanka, która w składzie zawiera Rubię, Hennę, Drzewo sandałowe i hibiskus od początku brzmiała dla mnie najbardziej kusząco.
Choć od czerwieni już stroniłam, to jednak czułam, że ten miks może okazać się ciekawy. Nie pomyliłam się i z sentymentem wracam do zdjęć z tamtego okresu... i to nie tylko dlatego, że było gorące lato, ale również przez wzgląd na kolor, z którego byłam bardzo zadowolona. 
Pamiętam, że podczas mieszania i nakładania gotowej mikstury wyczuwałam, że rubia stanowi jej dużą część. Pamiętam jej zapach i wyczuwałam ją zdecydowanie najbardziej. 
Mimo tego konsystencja była bardzo przyjemna, dobrze się rozprowadzała, a zioła wpłynęły na moje włosy wyjątkowo dobrze. Po żadnym innym miksie nie były aż tak gładkie i śliskie. Szczególnie, że spłukałam je wtedy tylko wodą
Ale to tylko dowód na to, że moje włosy z rubią i hibiskusem lubią się bardzo. 


Efekt zaraz po zmyciu to bardzo intensywna miedź, która w słońcu wpadała w marchewkę. Był to kolor ogromnie wielowymiarowy, ponieważ w cieniu, bez słońca wpadał w czerwień. W pomieszczeniu, w mieszkaniu także włosy wyglądały na mocniej czerwone.

Efekty zaraz po farbowaniu:


Uwidoczniło się to najbardziej po kilku, kilkunastu myciach, kiedy zaczęłyśmy zauważać z Olą, że włosy stają się coraz bardziej chłodne, lekko ściemniały i są ewidentnie czerwieńsze. 

(kolor po około 8 tygodniach)

Kolor po ośmiu tygodniach:


Miscela Roobia (KLIK)


Na pierwszym miejscu w składzie również mamy Rubię, później rabarbar, hennę i cassię. 
Wg. producenta powinna dawać kolor koniakowy i złoto-brązowe niuanse. 
Włosy w kolorze tak szlachetnego trunku brzmiały kusząco ;d
U mnie niestety taki efekt nie został uzyskany, ale mieszanka ta bardzo mi się spodobała. 
Niewprawione oko nie zauważyłoby pewnie różnicy między Miscelą Roobią, a Rosso Ciliegia, ale ja oczywiście je widziałam. 
Przede wszystkim więc kolor miał zbliżone rudo-czerwone tony, ale sam odcień nie przyciemnił się znacząco.


Zaraz po zmyciu włosy były mocniej miedziane, później kolor dojrzewał w kierunku mahoniowego. Całość była jednak lekko przygaszona, stłumiona i to wyróżnia tą mieszankę. 

http://www.sophieczerymoja.com/2018/11/hennowanie-z-phitofilos-henna-nr-1.html

Henna nr.1 + Noce Mallo 


Henna nr.1 (KLIK) składa się z henny i cassi, co powinno dawać marchewkową rudość na jasnych włosach i odcienie jak najbardziej miedziane na pozostałych kolorach.
Dodatek Noce Mallo (KLIK), czyli łusek orzecha stanowił w moim przypadku proporcję około 20% całości. Było to za mało by uzyskać dzięki temu konkretny efekt, ale ja chciałam tylko zagęścić mieszankę. Jeśli kolor byłby bardziej stonowany to też nie byłoby źle. 
Góra włosów od odrostów wyszła o jakieś 2 tony jaśniejsza od reszty, choć przed nakładaniem ziół nie było widać różnicy między odrostem farbowanym farbą, a dołem
Odrost to była mocna marchewa, która aż wołała "zakryj mnie" ;d Dół natomiast zyskał nieco jasności, ożywienia bardziej rudymi refleksami. 
Po kilku dniach góra ściemniała nieco i różnica była mniej widoczna.
Dodatkowym atutem tej mieszanki było bardzo mocne podbicie blasku, co zawdzięczać musiałam łuskom orzecha, ponieważ po cassi i hennie moje włosy nigdy nie błyszczały aż tak i tak długo.



M.