Aktualizacja włosowa skupiona na problematycznej skórze głowy - swędzącej i łuszczącej się

Dwa miesiące od ostatniej aktualizacji piszę dziś kolejną. Patrząc na słoneczne zdjęcia z października nie mogę uwierzyć, że już grudzień.
Jeśli jesteście ciekawe co się zmieniło i jakich produktów używałam w tym czasie to zapraszam do lektury.


Czy udało mi się wreszcie zahamować wypadanie? 


To zagadnienie uznam za kluczowe w całej aktualizacji, ponieważ problem wypadania dotyczył mnie przez kilka miesięcy w bardzo dużym nasileniu.
Już w ostatniej aktualizacji wspominałam Wam o próbach walki z problemem za pomocą Toniku Vianek (KLIK), a także olejku NaturalMe (KLIK). Dzięki regularnym aplikacjom wyhodowałam mnóstwo baby hair, a także przyśpieszyłam znacząco porost włosów. Nie był to mój cel, ale nie będę przecież narzekać ;d
Od końca września rozpoczęłam testowanie produktu trychologicznego z bardzo dobrym składem marki Bionigree (do kupienia TUTAJ). Zużyłam dwie buteleczki w okresie ponad dwóch miesięcy wcierając serum przeciw wypadaniu Bionigree po każdym myciu, czyli co dwa dni.
Początkowo byłam nastawiona sceptycznie - cena nie jest niska, dostępność słaba. Jednak już po trzech tygodniach dostrzegłam małą zmianę. Czekałam jednak cierpliwie dalej sumiennie stosując produkt.
Po kuracji trwającej 2 i pół miesiące mogę powiedzieć, że po półtora miesiąca włosy praktycznie w ogóle mi nie wypadały.
Był to ogromny sukces, ponieważ inne metody i kosmetyki zawiodły, a moja walka z wypadaniem trwała około pół roku.
Teraz kiedy od miesiąca już nie wcieram w skórę głowy nic, problem nie wrócił. Dodatkowo zyskałam nieco dłuższą świeżość włosów. Widziałam to już w trakcie stosowania kuracji, ale rezultat utrzymuje się dalej.
Jeśli więc próbowałyście wielu produktów i Wasze włosy dalej wypadają to spróbujcie tego serum Bionigree (KLIK).

Święty Grall w przypadku problemów ze skórą głowy


Z powodu wysypki połączonej z silnym świądem, z którą walczę od ponad półtora miesiąca musiałam bardzo ograniczyć kontakt skóry ze środkami myjącymi i wszystkim co mogłoby nasilić ten stan.
Leczenie wymagało ode mnie bardzo minimalistycznego planu pielęgnacji nie tylko skóry całego ciała, ale także skóry głowy.
Pominę wszelkie potknięcia i złe wybory, które nie pomagały, a wręcz szkodziły. Polecę Wam za to jeden szampon, który wyjątkowo mi pomógł i mogę polecić go wszystkim, którzy mają problematyczną skórę głowy, łupież, świąd.
Mowa o Anthyllisie przeciwłupieżowym (możecie go kupić u nas KLIK). Ten szampon dał mi ulgę już po pierwszym myciu. Skóra od razu mniej swędziała, łuszcząca się sucha skóra na głowie zaczęła znikać wraz z kolejnymi myciami. Używałam go przez miesiąc i dzięki niemu nie zadrapałam się na śmierć. Dodatkowy plus to nadawanie objętości, włosów po myciu nim jest wizualnie i objętościowo więcej. Zauważyłam to nie tylko ja, więc coś w tym jest.
Kiedy sytuacja mojej nazwijmy to "dolegliwości" została już trochę opanowana, choć dalej nie jest idealna (... i jeszcze trochę przede mną) do mycia włosów używałam mydła cedrowego (KLIK), które zresztą dalej jest w użyciu.
Ono również dobrze się sprawdzi w przypadku takiej skóry, jednak nie jest aż tak lecznicze jak szampon Anthyllis. Dla potrzymania efektów mi wystarcza.

Pielęgnacyjne minimum


By uniknąć ewentualnego podrażnienia skóry głowy zdecydowałam się na stosowanie balsamu Anthyllis (KLIK) - w pełni naturalnego, pozbawionego szkodliwych, drażniących składników, który na pewno nie wyrządzi krzywdy.
Sprawdzał mi się fenomenalnie i po raz pierwszy odkąd go znam stosowałam go praktycznie non stop, co każde mycie. Przetestowałam go w skrajnych warunkach i zarówno skóra głowy, jak i włosy miały się dobrze.
Doceniam szczególnie fakt, że bajecznie ułatwia rozczesywanie. Przez wzgląd na moją dolegliwość musiałam przestawić się ponownie na mycie włosów z głową w dół, co po ponad 2,5 roku nie było proste.
Kołtuny zdarzają się do teraz, ale Anthyllis (KLIK) i Ekos (KLIK) zawsze mnie wtedy ratują.
Poza włoskimi produktami używam dalej maski Vatika z czarnuszką (KLIK), która jest bardzo wydajna. Nie stosowałam jej już więcej do mycia póki co, ale świetnie działa zaaplikowana na minutę, dwie po myciu. Włosy są po niej miękkie, gładkie, ale także lekkie i nieobciążone.
Podjęłam także próbę odżywki Anwen proteinowa Orchidea (KLIK), która była totalną katastrofą, ale spodziewałam się tego.
Będę celować raczej w wersje emolientowe.
Klasyczne olejowanie prawie całkowicie odpuściłam. Powód był prosty - nie chciałam szorować dwukrotnie włosów i podrażnionej, swędzącej głowy nad prysznicem w niezniernie niewygodnej pozycji, by dobrze umyć olej.
Często wykonywałam za to miniolejowanie, o którym więcej przeczytacie TUTAJ
http://www.sophieczerymoja.com/2017/07/szybkie-mae-olejowanie-metoda.html
Używałam do tego celu oleju marula (KLIK) i z nasion chia (KLIK). To moje dwa ostatnie odkrycia, z których dobrodziejstw korzystam kiedy tylko mogę. Nakładam je także po myciu na suche włosy w celu zabezpieczenia.


Myślę, że grudzień będzie u mnie wyglądał podobnie i mam nadzieję, że od nowego roku już będę mogła wrócić do normalnej pielęgnacji.

PS. Czy któraś z Was (prócz Iw, jej opinię już znam ;*) stosowała TO serum KLIK? Myślę o nim na poważnie, zważywszy na wspomniane problemy skóry głowy...

M.

5 komentarzy :

  1. Pięknie wyglądasz, włosy niesamowicie błyszczą i w ogóle nie widać, że ich ubyło przez wypadanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ubyło właśnie jakoś dużo wizualnie z czego się cieszę : )

      Dziękuję bardzo *;

      Usuń
  2. Kochana, co masz na ustach?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta ta kredka z NEVE https://triny.pl/szminki/6223-mineralna-kredka-do-ust.html?utm_source=webepartners&utm_medium=cps&utm_campaign=all
      Uwielbiam ją <3

      Usuń
  3. Masz świetny kolor włosów :)

    OdpowiedzUsuń